W zabójstwie Kaczyńskiego widać styl Putina

W zabójstwie Kaczyńskiego widać styl Putina

http://www.rupor.info/analitika/2010/05/01/v-ubijstve-kachinskogo-viden-pocherk-putina/
1.5.2010 18:43, Gieorgij Gordin, „Komentarz z Rosji” (Tłumaczenie L.V.)

Teraz, gdy ciała Prezydenta Polski Lecha Kaczyńskiego i jego
współtowarzyszy spoczywają w ziemi, jest najwyższy czas, aby wymienić
tych, którzy zorganizowali rozbicie się samolotu, dobijanie w miejscu
upadku samolotu ocalałych Polaków i nieustannie dezinformują światową
społeczność co do wyników tak zwanego „śledztwa”.

Wiadomo, że „śledztwo” katastrofy przebiega pod kierownictwem tych
samych osób, które organizowały rozbicie się samolotu i posłały
komandosów do „oczyszczenia terenu” z tych, którzy przeżyli. Wiadomo,
jaki będą „wyniki śledztwa” przeprowadzonego przez osoby, których
głównym zadaniem jest zatarcie śladów zbrodni. Gdy ci sami zabijają i ci
sami prowadzą śledztwo, sprawcy zazwyczaj pozostają niewykryci. Jednakże
istnieje światowa społeczność.

Potomek jednego z naszych kolegów znajdował się na stanowisku, przez
które przechodziło duża ilość pierwotnych informacji z miejsca
katastrofy. Wiele szczegółów znamy z pierwszej ręki. Porównanie tekstów
rosyjskiej propagandy z materiałami pochodzącymi ze źródeł pierwotnych
umożliwia wniesienie poprawek do powszechnie znanych informacji. Niech
będzie to naszym wkładem w śledztwo jednej z najbardziej bezczelnych
zbrodni 21 wieku.

Poprawka pierwsza. Powszechnie wiadomo, że od pierwszych minut po
katastrofie zamiast informacji płynących z lotniska „Północne”, w eter
poszła pośpiesznie sklecona dezinformacja kiepskiej jakości.
Dezinformowano dokładnie o wszystkim, co się działo naprawdę. O gęstości
mgły, o dźwiękach, jakie słyszeli spotykający. O czterech podejściach do
lądowania. O rzekomym rozkazie samego Kaczyńskiego posadzić samolot w
Smoleńsku. O tym, że w ten sam sposób omal nie doprowadził do rozbicia
samolotu w Gruzji. O zachowaniu różnych służb oraz rzekomej „barierze
językowej”. O tym, o czym naprawdę zeznawali miejscowi mieszkańcy,
przede wszystkim lotnicy i pracownicy lotniska. O każdy drobiazg.

Mieliśmy możliwość odtworzenia procesu powstawania czekistowskiego
kłamstwa w trybie on line. Wyraźnie zarysowały się dwie tendencje. Jedna
polega na przeinaczaniu wiadomości tak, że dane wyjściowe stają się
zupełnie różne od danych wejściowych. Często są wręcz przeciwieństwem
informacji, która rzekomo była podstawą ogłoszonych oficjalnych
komunikatów.

Zestawienie wiadomości na wejściu i wyjściu w trybie online pozwala na
stwierdzenie, że wszystkie materiały bez wyjątku były poddawane
przeróbce według jednej konkretnej „odgórnej” wytycznej. Taka przeróbką
zajmowali się nie tylko dziennikarze poszczególnych czasopism (choć oni
także), ale przede wszystkim oficjalne rosyjskie agencje informacyjne.

Wszystkie rosyjskie agencje informacyjne i mass media – „przekaziory”
musiały przekonać swoich czytelników, słuchaczy i widzów, że „samolot
rozbił się z winy załogi, która nie sprostała swojemu zadaniu w trudnych
warunkach pogodowych”.

Drugą tendencję tworzenia czekistowskiego kłamstwa w trybie online można
określić następująco: na wejściu całkowity brak jakichkolwiek informacji
z miejsca zdarzenia. Natomiast na wyjściu – niewiadomo skąd pojawiają
się „wiarygodne wiadomości”, w tym rzekome informacje z ostatniej chwili
z miejsca katastrofy. Informacje te oczywiście nie pochodzą z miejsca
upadku samolotu. Chyba nie ma potrzeby wyjaśniać, że najczystsze wymysły
na wyjściu preparowano według wspomnianej już dyrektywy – „samolot
rozbił się z winy załogi, która nie sprostała swojemu zadaniu w trudnych
warunkach pogodowych”.

Z pierwszej poprawki wynika, że wytyczna, według której zbierano się do
kłamania po katastrofie, została opracowana jeszcze przed rozbiciem
samolotu Lecha Kaczyńskiego. Natomiast zamieszanie i rozbieżności były
spowodowane przede wszystkim przesadnym wysiłkiem kremlowskich
propagandystów, którzy starali się ze wszystkich sił, by skłamać jak
najbardziej wyraziście i przekonująco.

W pierwszych minutach zdarzenia nie mogą pojawiać się jasne i
jednoznaczne informacje. Dla porównania przypomnijmy sobie przynajmniej
jeden przykład, jak zachowują się kremlowskie agencje informacyjne i
mass media, gdy nie ma żadnej zawczasu przygotowanej wytycznej.

Gdy zmarł pierwszy prezydent Rosji Borys Jelcyn, wszystkie rosyjskie
mass media przez kilka godzin milczały, jakby wepchnęły języki w jedno
miejsce. Wszystkie duże zachodnie już dawno ogłosiły tę wiadomość, gdy
na Kremlu dopiero opamiętano się i wydano wskazówkę, jak i co ogłaszać.
Po katastrofie samolotu Lecha Kaczyńskiego wskazówka „jak i co ogłaszać”
pojawiła się od razu. Oznacza to, że były osoby odpowiedzialne, które
zawczasu wiedziały, że samolot spadnie.

Poprawka druga. Nasi eksperci obejrzeli wszystkie dostępne materiały
wideo i doszli do następującego wniosku. Nawet gdyby straż pożarna w
ogóle nie przyjechała i wszystkie te fragmenty samolotu, które żarzyły
się w pierwszych minutach filmowania (materiał wideo Andrieja
Mienderieja), spłonęły całkowicie, nie mogło być mowy o żadnych
„dwudziestu nierozpoznawalnych zwłokach”. Nawet przy tym stromym stopniu
kątowym, pod jakim zwalono samolot prezydenta Polski.

Nie mówiąc już o tym, że pożar szybko zgaszono (widać to na późniejszych
zdjęciach tych samych fragmentów samolotu) oraz że traf chciał, iż
większość „nierozpoznawalnych” to wojskowi i ochroniarze prezydenta. Nie
da się zwrócić bliskim ciała „ofiary katastrofy lotniczej” z rosyjską
kulą w głowie, jak w 1940 roku.

Takie zwroty jak „uspokój się!”, „nie zabijajcie nas!”, „patrz mu w
oczy!”, „dawaj pistolet!” w języku polskim mogły zostać wypowiedziane
tylko przez pasażerów samolotu. Natomiast komenda w języku rosyjskim:
„Wszyscy z powrotem, wychodzimy stąd!” mogła być oddana przez dowódcę
oddziału specjalnego, który rozstrzeliwał rannych Polaków.
O innych momentach w filmie nawet nie ma co mówić. Kto jeszcze wczesną
wiosną – 10 kwietnia, rankiem, mógł stać w samej białej koszuli w
zimnych smoleńskich lasach, obok samolotu, który przed chwilą runął,
oprócz członka załogi? Inne znane i bezpośrednie dowody Katynia – 2
każdy zdrowy człowiek może zobaczyć sam.

Swoją drogą, nasz kolega – w przeszłości starszy oficer oddział
specjalnego Ministerstwa Obrony, twierdzi, że po zawaleniu operacji
(wideo, które zdążył sfilmować Andriej Mienderiej) jej wykonawcy już nie
żyją. Tak samo jak i strzelcy drugiego eszelonu – ci, którzy brali
udział w likwidacji nieudolnego oddziału specjalnego.

Polacy, którzy przeżyli katastrofę, zrozumieli, że komandosi „w czarnych
ubraniach” (w filmie) przyszli ich zabić i odstrzeliwali się. To słychać
w filmie. Wykonawcy dyspozycji Putina „pracowali” z tłumikami. Ale
nagranie wideo z dźwiękiem i widokiem zarówno atakujących jak i
ocalałych zdemaskowało wszystkie ich wybiegi.

Dlatego jedne „rosyjskie osoby oficjalne” przez dwa tygodnia nie mogą
podrobić treści „czarnych skrzynek”, a drugie, pojąwszy, że sprawa pali
się, puściły do mass mediów balon próbny na temat „kaukaskiego śladu” w
rozbiciu się samolotu prezydenta Polski. Ciąg dalszy nastąpi, rosyjskie
i polskie „osoby oficjalne” dopiero rozpędzają się. Jednakże nie zdołają
już zatrzeć śladów.

Z drugiej poprawki dochodzimy do wniosku, że „oficjalne dane” na temat
„materiału genetycznego” zamiast ciał 21 Polaków nie są zgodne ze stanem
szczątków samolotu. Oznacza to, że zginęli z innej przyczyny. Przyczynę
tę wyjaśnia film Andrieja Miendierieja.

Poprawka trzecia. Wszyscy eksperci jednogłośnie przytoczyli paralelę z
niedawnego upadku samolotu przy lądowaniu na lotnisku Domodiedowo w
Moskwie. Ale warunki tam były zupełnie inne. Załoga samolotu Ту-204
lecącego z Egiptu była na nogach od wczesnego ranka, czyli prawie całą
dobę. Po odlocie z Moskwy do Hurghady nastąpiło krótkie spięcie kabla i
pojawiło się dymienie. Po przebyciu sporej odległości trzeba było
zawracać. Oczywiście nerwy wszystkich były napięte.

Po wymianie instalacji załoga tym samym samolotem, z tymi samymi
pasażerami znowu poleciała do Hurghady. Trzeba było namawiać i uspokajać
pasażerów, że nie ma więcej żadnego niebezpieczeństwa. Bezpośredni lot
do Hurghady trwa, w zależności od typu samolotu, około 5 godzin.
Przylecieli do Egiptu. Z uwzględnieniem awaryjnego powrotu i remontu,
załoga Ту-204 miała już przepracowane 9 godzin. Norma godzin lotu
została wyczerpana. Normalnie należało iść odpocząć.
Co robić – zamawiać hotel i płacić za postój samolotu? Strata tym
większa, że planowych pasażerów już wywieziono na lot powrotny. Kompania
lotnicza za to nie podziękuje. Zgodzili się więc lecieć z powrotem.

Niedaleko od Moskwy popsuł się sprzęt nawigacyjny. W odróżnieniu od
polskiego samolotu panowała głęboka noc, i 21-22 marca nad całą Moskwą
stała gęsta mgła. Lądowanie według przyrządów „koszących” nie udało się,
załoga zmęczona i rozdrażniona, a tu jeszcze radiowy wysokościomierz
zawył. Dokucza, że niby to ziemia jest blisko – a idź ty…! W rezultacie
– typowy błąd zaufanego do siebie doświadczonego pilota, który setki
razy sadzał samolot w podobnych warunkach. Prawie na lotnisku macierzystym.

Na smoleńskim lotnisku „Północny” nic podobnego nie miało miejsca. Nie
była to noc, nie było takiej mgły, załoga nie była zmęczona, nie musiała
spędzić całego dnia w napiętej i nerwowej atmosferze. Sytuacja normalna,
załoga wypoczęta i czujna. Sprzęt nawigacyjny pracuje doskonale, aż do
postronnej ingerencji w sterowanie samolotem na małej wysokości.

Z trzeciej poprawki dochodzimy do wniosku, że warunki pogodowe i stan
załogi w danym przypadku nie mogły być główną przyczyną katastrofy.
Poprawka czwarta. Oba samoloty, których wypadki były porównywane przez
ekspertów, są podobnego typu. W Smoleńsku ТU-154, w Domodiedowo ТU-204.
Samolot, który leciał z Hurghady, też spadł do lasu, i także oderwało mu
skrzydła. W efekcie – dwie osoby w oddziale reanimacji, reszta odniosło
rany różnego stopnia ciężkości. Po upadku w lesie samolotu podobnego
typu w chwili znalezienia szczątków Tu-204, który leciał z Hurghady,
wszystkie osoby żyły!

Rzecz jasna, jest różnica między upadkiem samolotu z kilkoma członkami
załogi (ТU-204 w Domodiedowo) a upadkiem samolotu z 96 osobami na
pokładzie. Ale samolot polskiego prezydenta był załadowany mniej niż na
dwie trzecie. Pokład ТU-154 może mieścić 163 osoby. Jeśli samolot jest
załadowany mniej niż na 2/3, można nim sterować bez trudu.

Następna okoliczność – polski samolot po zaczepieniu skrzydłem drzew
obrócił się. Jednakże podczas lądowania załoga i pasażerowie muszą mieć
zapięte pasy. Nie ma powodu do przypuszczenia, że tego przepisu nie
przestrzegano przy lądowaniu w niezbyt gęstej, ale jednak mgle.
Ostatnia okoliczność mogąca wpłynąć na liczbę ofiar śmiertelnych to kąt
ataku samolotu w momencie uderzenia o ziemię. Istnieje informacja od
doświadczonych lotników wojskowych, że TU-154 Lecha Kaczyńskiego
„schodził do lądowania, jak myśliwiec”. Czyli pod bardziej stromym kątem
niż zwyczajnie. To faktycznie może zwiększyć liczbę ofiar śmiertelnych.
Świadczą o tym także szczątki samolotu oraz ich rozmieszczenie.

Wersja oficjalna – „podczas katastrofy zginęli wszyscy”. Orzeczenie
ekspertów: prawdopodobieństwo zgonu wszystkich co do jednej osoby w
samolocie polskiego prezydenta jest takie same, jak gdyby woda z
odkręconego kranu poleciała do góry zamiast na dół – prosto do sufitu.
Innymi słowy, prawdopodobieństwo, że w tej katastrofie zginęły wszystkie
96 osób znajdujących się na pokładzie samolotu TU-154, jest zerowe.

Z czwartej poprawki dochodzimy do wniosku, że w każdym przypadku ktoś z
pasażerów musiał przeżyć katastrofę polskiego samolotu, a może nawet
uniknąć zranień. Wszyscy zginąć mogli tylko w jednym przypadku: jeżeli
oddział specjalny dobił ich już po upadku.

Nie jesteśmy w stanie nawet wymienić liczby dostrzelonych – liczba ta
waha się od 10 do 21 osób. Zgodnie z oceną najbardziej doświadczonych
ekspertów, nierozpoznawalnych (zmasakrowanych lub spalonych) mogło być
najwyżej 10 – 12 ciał. Nie wszyscy podczas katastrofy znajdowali się w
przedniej części samolotu. Płomień szybko zgaszono. Naprawdę nie
rozpoznawalnych zwłok na miejscu upadku zapewne było bardzo mało lub nie
było w ogóle.

A więc „jedynie materiał genetyczny pozostały po 21 osobach”, o którym
mowa w wersji FSB, w rzeczywistości jest liczbą osób, którzy przeżyły
katastrofę prezydenckiego samolotu Lecha Kaczyńskiego. Dobili ich
rosyjscy komandosi, po czym wywieźli i zamienili w kawałki spalonego
mięsa, aby ukryć ślady zbrodni.

Poprawka piąta. W jaki sposób zorganizowano rozbicie samolotu polskiego
prezydenta? Eksperci nam wyjaśnili, że to bardzo proste. Samolot został
strącony przez rosyjskie specsłużby na małej wysokości, po podmianie
parametrów lądowania. Tego dokonać można kilkoma sposobami. Na przykład,
poprzez sekundowe zmanipulowanie systemu naprowadzania na niedużym
wysokości tuż przed lądowaniem.
Albo poprzez impuls elektromagnetyczny skierowany do bocznych kanałów
sterowania samolotem (sterów, lotek) przed lądowaniem. Piloci wszystko
widzieli i rozumieli, ale nic już nie mogli zrobić. Zabrakło czasu.

Właśnie dlatego, aby ukryć ślady zbrodni, ocalałych członków załogi i
tych, którzy mogli słyszeć ich rozmowy, należało dobić na ziemi.
Wykonawcy rozkazu Putina przeliczyli się jednak w tym, że wśród
ocalałych były osoby uzbrojone i odważne, które nawet w tej sytuacji
stawiały czynny opór. Oddział specjalny nie mógł bez przeszkód
powystrzelać rannych Polaków w przewidzianych ramach czasowych. Musiał
zatrzymać się na miejscu kaźni, gdzie ich zastały osoby, które
przybiegły na miejsce katastrofy, przede wszystkim Andriej Mienderiej,
który nagrywał sytuację kamerą.

Następnie wszystko potoczyło się dokładnie według przewidzianego w
Kremlu planu. Miejsce katastrofy zostało otoczone, nikogo nie
przepuszczano, a ciała ofiar katastrofy lotniczej i zastrzelonych na
ziemi wywieziono. Ślady napadnięcia i egzekucji zostały usunięte.
Ta poprawka jest kluczem do zrozumienia, co się zdarzyło; wyjaśnia ona
wszystko, i komentarze tu nie są potrzebne.

Poprawka szósta. Dlaczego Putin postanowił popełnić zbrodnię na swoim
terytorium? Zdaniem ekspertów, w ten sposób strącić samolot i zapewnić
wiarygodne przykrycie aktu terrorystycznego można jedynie na terytorium
całkowicie kontrolowanym przez rosyjskie służby specjalne.
Po pierwsze, niezbędnego impulsu elektromagnetycznego nie można nadać na
odległość tysięcy kilometrów. A na system naprowadzania oddziaływać
można tylko ten, kto siedzi za pulpitem kontrolera lotów lub kontroluje
go z zewnątrz. Ale owo „z zewnątrz” powinno być tuż obok, na niedużej
odległości.

Po drugie, na swoim terenie są najlepsze możliwości zatarcia śladów. Co
miało miejsce od pierwszej sekundzie po katastrofie, ma miejsce obecnie
i dopiero nastąpi, gdy zaczną ogłaszać wyniki oficjalnego „wspólnego”
śledztwa.

Eksperci wymienili mnóstwo pozycji. Niezbędność dwukrotnej wymiany
fizycznych źródeł zakłóceń – „żarówek” przed przylotem samolotu
Kaczyńskiego i od razu po katastrofie.

Dostrzelić tych, którzy przeżyli, rozerwać na strzępy i spalić ciała
zastrzelonych pasażerów i członków załogi. Zapewnić „tajemnicze
zniknięcie” dowodów, na przykład, broni, z której odstrzeliwali się
ochroniarze Lecha Kaczyńskiego i wojskowi, którzy przeżyli katastrofę.
Wyszukiwać naboje wystrzelone przez oddział specjalny i polskich
wojskowych w szczątkach samolotu i drzewach w miejscu egzekucji.
Podrabiać wskazania „czarnych skrzynek”. Podawać wykaz pogody oraz inne
parametry katastrofy niezbędne do potwierdzenia fałszywej wersji o
rzekomej „winie załogi, która nie zdołała wylądować w trudnych warunkach
pogodowych”. Itd.

Z szóstej poprawki dochodzimy do wniosku, że rozwiązanie techniczne
zamachu, a przede wszystkim „środki przykrycia” wymagały, aby samolot
został strącony na terytorium kontrolowanym przez putinowskie specsłużby.

Przechodzimy do poprawki siódmej – „celowości politycznej” (z punktu
widzenia Kremla) tego aktu terrorystycznego.

Lech Kaczyński był względnie bezpieczny, dopóki Putin nie upatrzył sobie
„polskiego Janukowycza” – ciężko myślącego „przyjaciela Rosji”,
polskiego premiera Donalda Tuska. Był to zwrot, po którym czekistowską
wierchuszkę Rosji zajmowało tylko jedno: jak przeczyścić drogę dla
swojej marionetki lub komuś podobnego z tegoż grona „przyjaciół Rosji”.
Wiedząc o zwyczajach i wcześniejszych czynach Putina, nietrudno domyśleć
się, w jaki sposób planowali tego dokonać. Co i jak oni zrobili, cały
świat dowiedział się rankiem 10 kwietnia.

Z siódmej poprawki dochodzimy do wniosku, że stawka Kremla na „polskiego
Janukowycza” – Donalda Tuska, jego towarzyszy i elektorat uruchomiła
mechanizm fizycznej likwidacji Lecha Kaczyńskiego. Najlepiej razem z
najwybitniejszymi jego zwolennikami. Metody – najzwyczajniejsze z
arsenału Putina oraz jego towarzyszy z KGB.
Poprawka ósma. Na co liczyli organizatorzy zamachu w tak ryzykownej
sprawie? Przecież skutki naprawdę mogą być – i niechybnie będą –
najbardziej niekorzystne dla Kremla. Nic nowego: tak samo, jak i w ciągu
ostatnich dziesięciu lat, stawiano na najzwyczajniejszych durniów.
Przywódców państw zachodnich na Kremlu zawsze uważano za nieco
głupawych. Takich, którzy przysłuchują się opinii swojego społeczeństwa
i obnoszą się z jakimiś prawami człowieka, jak kurwa z kapeluszem. Tę
tezę ja mogę uzasadnić i zaświadczyć osobiście.

Na Kremlu po dziś dzień uważają, że nikt nie uwierzy, iż lider Federacji
rosyjskiej mógł zdecydować się na coś takiego. Zobowiązać swoich
podwładnych do zorganizowania zabójstwa prezydenta innego państwa na
swoim terytorium! Nie uwierzą także własnym oczom i uszom. Nawet gdyby
politykom i mieszczanom z krajów dobrobytu zostały przedstawione
niezbite dowody – i tak nie uwierzą.

W głowach zachodnich obywateli są własne wyobrażenia na temat granic
kremlowskiego podstępu. Takie ryzyko! Takie okrucieństwo! Po co? Moi
drodzy, przecież to Rosja! Tu nigdy nie było inaczej. Kto nie ryzykuje,
ten nie pije szampana!

I nikt z zadowolonych sobą mieszczan nie przypomni sobie prawdziwej
twarzy Putina, gdy ten w porywie nieokiełznanego gniewu obiecał
„powiesić za jaja” prezydenta Gruzji Micheila Saakaszwilego. Mówił to w
obecności przywódców krajów zachodnich.
Nikt nie przypomni sobie szczerego żalu Putina, że nie udało się do
końca otruć Wiktora Juszczenki. Prezydenta Ukrainy – państwa, które,
zgodnie z publiczną wypowiedzią Putina, „w ogóle nie istnieje”.
Nikt nie przypomni sobie nadania przez Putina trucicielom prezydenta
Ukrainy Wiktora Juszczenki stopni generałów rosyjskich resortów siłowych
i specsłużb.

A przecież Lech Kaczyński był trzecim prezydentem sąsiedniego państwa po
Saakaszwilim i Juszczenką, którego Putin nienawidził bardziej od
pozostałych. Nikt nie spodziewał się takiego spotkania? Do tego jest
szkoła rosyjskich specsłużb. Wśród ścian KGB Putin był długo szkolony do
działań zaskakujących i niespodziewanych dla przeciwnika.
Z ósmej poprawki dochodzimy do wniosku, że Putin zawsze mordował ludzi,
których uważał za swoich wrogów. Przy czym zawsze ryzykował,
przeprowadzając najbardziej skandaliczne operacje specjalne, w tym za
granicą. Lech Kaczyński znajdował się w pierwszej trójce wrogów Putina i
był jedynym, do którego mógł dobrać się. A tu jeszcze „polski
Janukowycz” nadarzył się.

Co zaś tyczy się liczenia Kremla na beznadziejne durnie, którzy nie
dadzą wiary nawet niezbitym dowodom popełnionej zbrodni, to na dzień
dzisiejszy sprawdza się to nawet w Polsce.

Poprawka dziewiąta. Każdy człowiek posiada swoją „firmową” cechę
określającą jego postępowanie. Posiada ją także Putin. Zachód tak i nie
potrafił prawidłowo odpowiedzieć na pytanie: „Who is Mister Putin?”.
Słusznie zauważono jego skłonność do rozwiązań siłowych, ale to drobiazgi.

Wyróżniająca cecha Putina od razu rzuca się w oczy. Jest to skrajne
okrucieństwo na granicy szaleństwa.

Uczniowie w Biesłanie we wrześniu 2004 roku. Rozkaz Putina – przerwać
negocjacje i zielone światło do spalania dzieci z dział czołgów. W
efekcie – ponad 350 ofiar śmiertelnych, grubo ponad 500 rannych,
włącznie z najlepszymi komandosami rosyjskich oddziałów specjalnych
wystawionych na ogień zaporowy powstańców. Ogromna ilość inwalidów.
Zakładnicy w teatrze muzycznym „Nord-Ost” na moskiewskiej Dubrowce w
październiku 2002 roku. Powstańcy zabili trzech osób, na rozkaz Putina
otruto co najmniej 174 widzów spektaklu. To tylko te ofiary śmiertelne,
których rodzinom udało się udowodnić ich nazwiska. Fałszywej oficjalnej
liczby nawet nie warto wymieniać.

Od swojego patrona nie odstają zaufani Putina, na przykład, „mały
Kadyrow”. Dzisiaj oni popełniają bestialstwa, które raz już były poddane
ocenie prawnej w Norymberdze. Całe najbliższe otoczenie Putina to
naturalni kandydaci na ławę oskarżonych Międzynarodowego Trybunału
Wojennego.

Co jeszcze należy wiedzieć, aby przewidzieć postępowanie Putina i jego
podwładnych przy spotkaniu zajadle znienawidzonego na Kremlu prezydenta
sąsiedniego państwa?

Z dziewiątej poprawki dochodzimy do wniosku, że zabójstwo Lecha
Kaczyńskiego i 95 jego współtowarzyszy pasuje do podstawowej
charakterystyki Putina tak samo dokładnie, jak nabój do komory.
Poprawka dziesiąta. Punkty przełomowe w biografii Putina. Są monotonne,
ale bardzo wymowne w świetle zabójstwa Lecha Kaczyńskiego oraz znacznej
części polskiej elity.

Czy pozostały jeszcze jakieś wątpliwości, gdy jesienią 1999 roku
wysadzono domy w Moskwie i Wołgodońsku? Przy czym na poziomie rządowym
zawczasu wymieniono miejsce wybuchu! Nawet Adolf Hitler nie pozwalał
sobie wysadzać spokojnie śpiących Niemców. Ograniczył się do podpalenia
Reichstagu.

A nieprzerwany szereg „tajemniczych” zabójstw poważnych przeciwników
politycznych Putina, obrońców praw człowieka, dziennikarzy,
przedstawicieli organizacji młodzieżowych i publicznych? Od momentu, gdy
Putin otrzymał władzę, zabójstwa polityczne w Rosji i poza jej granicami
stały się codziennością.

Bezbronnym kobietom w bramie strzelają w plecy lub mordują prosto w
putinowskiej milicji. Zdrowych mężczyzn wyrzucają przez okna, trują i
strzelają zza rogu. Aby złamać niepokornych, rosyjskie struktury siłowe
spalają ich domy, porywają ich dzieci i mordują ich rodziców. O czym
jeszcze trzeba wiedzieć, aby po kolejnej zbrodni władzy rosyjskiej nie
ględzić: „Tego nie może być! Na to nikt nie pójdzie!” i podobne głupoty.
Z dziesiątej poprawki dochodzimy do wniosku, że cała dotychczasowa
biografia Putina jest nasycona takimi samymi monotonnymi zbrodniami,
jakie popełniono 10 kwietnia na lotnisku „Północne”. Byłoby nawet nieco
dziwne, gdyby Putin nie spróbował przynajmniej otruć swoich wrogów.
Teraz podchodzimy do istoty zagadnienia.

Pozycja jedenasta – styl Putina. Postępowanie każdego zbrodniarza
posiada charakterystyczne cechy i niuanse, które są nie do podrobienia.
Nawet gdyby ktoś bardzo tego chciał – nie da rady.
Przyjrzyjmy się przykładom.

Akt terrorystyczny w lutym 2004 roku w stolicy Kataru Ad-Dauhy.
Wysadzono znienawidzonego przez Kreml Zelimchana Jandarbijewa oraz jego
13-letniego syna. Źle przygotowani dywersanci z Moskwy wpadli jak
frajerzy. W wynajętym samochodzie zostawili skrawki kabli i kawałki
taśmy izolacyjnej. Zostali schwytani , jak należało. Putin dopiął, aby
zwrócono ich Moskwie.

A teraz uwaga! Podchodzimy do najważniejszej rzeczy. Przekazanych z
Kataru bandytów średniej rangi na lotnisku spotykano jak głowy obcych
państw. Są teraz bohaterami i przykładem dla kremlowskiej młodzieży.
Tu właśnie kryje się charakterystyczny wykrętas jego stylu. Jest to,
można rzec, podpis Putina pot tymi zbrodniami, których ideowym
inspiratorem on był, jest i będzie, aż zasiądzie na ławie oskarżonych
Międzynarodowego Trybunału. Jest to styl Władimira Władimirowicza Putina.

Ta właściwość stylu rozszyfrowuje się następująco: oficjalnie nic
wspólnego z tym nie mamy, ale wszyscy muszą wiedzieć i rozumieć, że
tylko my mogliśmy uczynić coś takiego! I tak będzie ze wszystkimi, kto
wystąpi przeciwko nam!

Przykładów są tysiące. Znane są przeważnie te zbrodnie, w sprawie
których prowadzono śledztwa w innych krajach. Na przykład, sprawa
otrucia Saszy Litwinienko. Jego truciciela nazwiskiem Ługowoj
demonstracyjnie mianowano do Państwowej Dumy. Macie wy wszyscy,
Europejczycy i inni Anglicy! Żeby wszyscy wiedzieli, kto naprawdę zabił
swojego wroga i za co. I tak będzie z każdym, kto ośmieli się
sprzeciwiać majorowi rezerwy KGB.

Nie odstają jego ulubieni mianowańcy. Czy mógłby „mały Kadyrow” bez
wiedzy Putina organizować serię zamachów za granicą? Śmiech pomyśleć.
W Rosji wszystko jest o wiele prościej. Sami zabijają i sami
„poszukują”. Wszystkie bez wyjątku „zamówienia” Putina nie zostały
wyjaśnione. Przebrzmiało publiczne porwanie Magasa na lotnisku i
demonstracyjne rozstrzelanie – prosto w milicyjnym samochodzie –
właściciela inguskiej witryny internetowej Mahometa Jewłojewa.

Drodzy blogerzy! Nawet jeżeli zostaniecie demonstracyjnie, na oczach
dużego skupiska ludzi zastrzeleni przez usłużnego pułkownika
putinowskich specsłużb, odpowiadać będzie szeregowy gliniarz –
„zwrotniczy”. I ten więcej niż rok w zawieszeniu nie dostanie.
Szczególnym przypadkiem było zabójstwo Anny Politkowskiej. Tu Putin
pozwolił sobie nawet publicznie zakpić, mówiąc, że „jej zabójstwo
spowodowało nam szkodę o wiele większą niż to, co ona napisała.
Zarozumiała forma tegoż przesłania – drżyjcie, my możemy nie tylko
zabić, ale także zabić, splunąć i nie zauważyć!

Ta matryca jest nie do podrobienia. Wylazła ona od razu po zabójstwie
Lecha Kaczyńskiego. Od nagłówków „Wszyscy nieprzyjaciele Rosji znajdą
swój koniec pod Smoleńskiem” do form bardziej zakamuflowanych – „czy
teraz przyjaciele Rosji wezmą górę?”.

Ten sam styl – oficjalnie była to katastrofa, ale wszyscy powinni
wiedzieć i rozumieć, kto i dlaczego zakatrupił prezydenta Polski oraz
jego współtowarzyszy. I tak będzie z pozostałymi, w razie czego. A poza
tym – ubolewamy i jesteśmy pogrążeni w żałobie razem z przyjacielskim
narodem polskim po strasznej katastrofie lotniczej”.
Z jedenastej poprawki dochodzimy do wniosku, że Putin zawsze umieszczał
swój autograf pod organizowanym i przeprowadzonym aktem terrorystycznym.
Umieścił i teraz.

Ostatnia uwaga – dwunasta. Jak będą reagować oficjalne osoby innych
państw? Nietrudno przewidzieć. Bardzo wielu postara się przemilczeć
oczywiste i niezbite fakty. Będą zamykać oczy, zatykać uszy, nie
widzieć, nie wiedzieć, i nie słyszeć.

Dlaczego? To bardzo proste. Jak w świetle dzisiejszych wydarzeń muszą
wyglądać wszyscy ci kozły tudzież, przepraszam za neologizm, koźlice
polityczne, które przez lata całowały się i zadawały z majorem rezerwy KGB?

Kto zapraszał tego czekistowskiego chłopca do swojego stołu obiadowego,
wygadywał pochwalne peany, prawił komplementy i namawiał do odpoczynku
na prywatnej wyspie wśród ciepłego morza?
Kto po dziś dzień walczy za „dobre stosunki” z taką putinowską Rosją i
taką jej władzą, wszelcy budowniczowie rurociągów i inni „pragmatycy”?
Przecież teraz poły ich galowych marynarek i mankiety spódnic są
splamione krwią Lecha Kaczyńskiego i polskiej elity.

Nie zdziwię się, jeżeli Putina i „polskiego Janukowycza” – Donalda Tuska
– dwóch głównych partnerów w sprawie zabójstwa prezydenta Polski – w
najbliższym czasie znowu zobaczymy razem. I obaj będą w dwa gardła będą
opowiadać jedna i te samą kremlowską fabułę na temat „osiągniętych
wyników wspólnego śledztwa” i nierozłączną przyjaźń między narodami
rosyjskim i polskim”.

A w dalszym planie usłużni komentatorzy, niby ot tak, napomkną, że przed
pewnym czasem niejaki Lech Kaczyński i jego kamraci próbowali skłócić
dwa „brackie narody”. Ale im się nie udało.
Dlatego zabójstwo prezydenta Polski oraz znacznej części jej elity
politycznej obecnie staje się poważną próbą dla wielu krajów zachodniej
demokracji.

Jednak są na tym świecie tacy politycy i przywódcy państw, którzy nie są
niczym zobowiązani wobec Putina. Co więcej, są tacy, którzy już
wcześniej widzieli istotę Putina i jego reżimu. Znali prawdziwe poglądy
majora rezerwy i dlatego wcale nie są zdziwieni tym , co zaszło. Są
widzący parlamentarzyści, organizacje pozarządowe i prasa.
W tych krajach Europy, których elity polityczne dokarmia rosyjski
„Gazprom” i inne deripaski, jest opozycja.

Są zachodnie służby specjalne, NATO i światowa społeczność.
Wreszcie jest wideo nakręcone przez Andrieja Miendiereja, zawodowi
eksperci oraz mnóstwo uczciwych, porządnych i odważnych ludzi. Dlatego
zbliża się wasz koniec, kremlowskie małpy.

P. S. Użytkownicy czeczeńskiego forum Adamalla (www.adamalla.com
<http://www.adamalla.com/>) pisali, że pod imieniem „Gieorgij Gordin”
ukrywa się Proszyn Sergiusz, syn Aleksandra, rosyjski wicekonsul w
Stambule. Forum ten został wyczyszczony, wiadomość o Gieorgiju Gordinie
zachowała się w „pamięci podręcznej” Google pod następującym linkiem:

http://webcache.googleusercontent.com/search?q=cache:sB4EYyN_UowJ:www.adamalla.com/showthread.php%3Ft%3D1543+%D0%93%D0%B5%D0%BE%D1%80%D0%B3%D0%B8%D0%B9+%D0%93%D0%BE%D1%80%D0%B4%D0%B8%D0%BD&cd=17&hl=ru&ct=clnk&gl=ua&client=firefox
<http://webcache.googleusercontent.com/search?q=cache:sB4EYyN_UowJ:www.adamalla.com/showthread.php%3Ft%3D1543+%D0%93%D0%B5%D0%BE%D1%80%D0%B3%D0%B8%D0%B9+%D0%93%D0%BE%D1%80%D0%B4%D0%B8%D0%BD&cd=17&hl=ru&ct=clnk&gl=ua&client=firefox>

By piotrbein

https://piotrbein.net/about-me-o-mnie/