Do roli państwa peryferyjnego zostaliśmy doprowadzeni celowo

Do roli państwa peryferyjnego zostaliśmy doprowadzeni celowo

Rozmowa z Andrzejem Gwiazdą
Kornel Sawiński.: Proszę przedstawić swoje stanowisko wobec dominującego w świecie zachodnim (USA+UE) systemu finansowopolitycznego, w kontekście permanentnego pouczania i niszczenia przez decydentów tego systemu, państw prezentujących inne modele rozwoju. Mam na myśli przede wszystkim bombardowania Libii jako najbardziej aktualny
casus tego problemu.
Andrzej Gwiazda.: Dominujący system finansowopolityczny skompromitował się, gdyż obecny kryzys jest strukturalną konsekwencją tego systemu. Zmiana systemu nie jest nawet dyskutowana, a doraźne korekcje pozwolą jedynie nadal maskować stan kryzysu, w oczekiwaniu na kolejne „załamania”. O narodach wyznających inne wartości niż kult pieniądza prezydent Bush powiedział z szokującą szczerością: „Naszym wrogiem jest każdy, kto myśli inaczej niż my”. Republikanie potrafią myśleć tylko w dolarach, więc liczą: np. Irakowi /Afganistanowi, Talibom/ obrona się nie opłaca, kapitulacja jest tańsza. Atakują, a ci się bronią! Przecież honor nie ma ceny w dolarach. Szok!
K.S.: Zależy mi na Pana opinii ws. wydarzeń w Libii w kontekście osobliwej interpretacji rezolucji ONZ. Rezolucja mówiąca o „ochronie ludności cywilnej” w praktyce skończyła się 22 tysiącami lotów bojowych samolotów NATO.
A.G.: Trudno mi cokolwiek wiarygodnego i miarodajnego powiedzieć na ten temat, jako że znam rozwój wypadków tylko z telewizji i to polskich /polskojęzycznych?/ a to bardzo zawodne źródło. Język angielski znam słabo, CNN podaje znacznie więcej informacji, ale jest stroną w konflikcie .
K.S.: Interesuje mnie Pana stosunek do zasad najogólniej rozumianej demokracji bezpośredniej, która wykracza poza logikę monopolu demokracji parlamentarnej na odczytanie tego czym jest demokracja.
A.G.: W Atenach mieliśmy demokrację bezpośrednią, a Sokratesa otruto (śmiech). Odnoszę wrażenie, że demokracja bezpośrednia, mimo że wydaje się „najbardziej demokratyczna” to w praktyce taka nie jest, dlatego, że nie daje czasu do namysłu. Decyzje mogą być podejmowane pod wpływem chwilowych emocji, a wiele z tych decyzji ma charakter nieodwracalny. Churchill powiedział, że demokracja parlamentarna jest bardzo złym ustrojem, tylko niestety wszystkie inne są jeszcze gorsze i chyba jest to prawdą. Przy dosłownym odczytaniu demokracji jako władzy ludu podstawowym warunkiem, by lud mógł podejmować właściwe decyzje jest to, by posiadał prawdziwe informacje. Jeśli posiada prawdziwe informacje, a podejmuje błędne decyzje, to trudno. Dotyczy to również referendum, którego jestem zwolennikiem. Gdy informacje są fałszywe, wtedy w ogóle nie można mówić o demokracji, ani bezpośredniej, ani pośredniej.
Ronald Lasecki.: W związku z tym, że zarówno na płaszczyźnie ekonomicznej jak i politycznej nastąpiło odejście od klasycznej demokracji w kierunku pewnej oligarchizacji, jaki jest Pana stosunek wobec tych, którzy kwestionują tego rodzaju przemiany. Mam na myśli głównie ruchy alterglobalistyczne reprezentujące inną wizję uporządkowania sytuacji na świecie, kwestionujące obecne status quo niezależnie od tego czy pochodzą z lewicy, czy z prawicy.
A.G.: Wiązałem z tymi ruchami sporo nadziei. Od końca lat 80-tych mieliśmy przekonanie, że system zwany neoliberalizmem prowadzi wprost do kryzysu. Dziwiło nas tylko, że tak długo udaje się to maskować. W 2001r założyliśmy stowarzyszenie „Obywatelska Inicjatywa Opodatkowania Transakcji Finansowych”, chodziło o podatek Tobina. O ten podatek i likwidację „rajów podatkowych” walczyło też silne, międzynarodowe stowarzyszenie „ATTAC”. W 2011r., gdy ekonomia odpowiedziała na błędy polityczne, cała UE z wyjątkiem Anglii zamierza ten podatek wprowadzić. Znów okazało się, że tylko oszołomy miały rację. Globalny kryzys przyznał rację ruchom antyglobalistycznym. Nabiera mocy pytanie, dlaczego przez 20 lat, mimo słuszności, ich postulaty były skrywane przed opinią publiczną.. Główny problem jest ciągle ten sam: fałszowanie informacji.
R.L.: A co z takimi zjawiskami jak np. „Światowe Forum Społeczne”, albo obecnie ruch „Okupuj Wall Street”, czy tzw. „Ruch Oburzonych” działający w Zachodniej Europie. Czy uważa Pan, że ruchy te mają przyszłość, czy też sprawa skończy się podobnie jak z alterglobalistami?
A.G.: Myślę, że ruchy te mają przed sobą przyszłość, już niewątpliwie wywarły duży wpływ na rzeczywistość i nawet jeśli to się nie rozwinie, to ten wpływ zostanie. Weźmy pod uwagę np. to co od lat 90-tych decydenci zrobili w kwestii zniesienia ustawowych regulacji transakcji finansowych. Przecież jeszcze trzydzieści lat temu ci wszyscy bankierzy siedzieliby już dawno za kratkami. Dopiero, bodaj w 1994 roku zezwolono na praktykowanie czegoś takiego jak „krótka sprzedaż” handel pożyczonymi walorami/. Pod koniec lat 70-tych Bank Morgana prawie upadł dlatego, że zastosował ukrytą metodę krótkiej sprzedaży. To wówczas było karane więzieniem i utratą całego majątku, nawet pierścionków. Spójrzmy na to historycznie: w historii pięć razy były zakazywane spółki akcyjne, bo uważano, że jest to metoda nieuczciwa, ale zwyciężała deregulacja. Ważne jest również zniesienie rozróżnienia, między bankami inwestycyjnymi, a bankami komercyjnymi. Pozwoliło to bankom inwestycyjnym prowadzić własne ataki, wobec których wybrane spółki były bezradne. Taką siłę dawała im możliwość użycia metod, które we wcześniejszych fazach rozwoju kapitalizmu były zakazane pod groźbą procesu karnego. Zniesione ustawowych ograniczeń, musiało doprowadzić do takiej sytuacji jaką mamy obecnie.
R.L.: Jeśli chodzi o sytuację obecną, czy kryzys w Grecji jest konsekwencją tego, o czym Pan powiedział przed chwilą?
A.G.: Wydaje mi się, że jest. Nie znam na tyle Grecji, byłem tam raz i to nie po to by analizować stan ich finansów i gospodarki (śmiech). Opinia, że Grecji ofiarowano tak ogromne pożyczki ponieważ byli sceptyczni wobec Unii Europejskiej, wydaje się całkiem prawdopobna. Jeśli te kredyty były łapówką za zgodę na euro, to Grecy zadanie wykonali, weszli do UE i „są kwita”. Nie wierzę żeby bankierzy dali się oszukać „kreatywną księgowością”, gdyby nie chcieli być oszukani. W latach 70-tych czytałem w „Financial Time”. Na pytanie: Czy pożyczanie pieniędzy komunistom to dobry interes? Bankier odpowiada: „Tak to bardzo dobry interes, gdyż system komunistyczny ma zdolność nieograniczonego obniżania stopy życiowej swych poddanych, więc zawsze jest wypłacalny”. A Grecy nie zgadzają się na obniżanie stopy.
R.L.: Czy projekt podejmowany obecnie w dyskusji publicznej utworzenia europejskiego rządu gospodarczego, który mógłby dyscyplinować państwa członkowskie to krok we właściwym kierunku?
A.G.: Od początku było jasne, że proces tworzenia UE zmierza do ustanowienia Państwa o strukturze co najmniej federalnej. Irlandczycy trzy razy musieli powtarzać referendum. Gdy w referendach padła konstytucja UE, to mamy Traktat Lizboński. Kryzys finansowy zostanie wykorzystany do narzucenia rządu UE, najpierw gospodarczego, potem politycznego, militarnego, itd. „Teoria spiskowa” twierdzi nawet, że tylko po to ujawniono kryzys.
R.L.: Jakie jest Pańskie zdanie na temat przyjęcia przez Polskę euro?
A.G.: Wskaźniki UE przewidują, że w ciągu dwóch lat wzrost gospodarczy krajów UE, które nie przyjęły wspólnej waluty, będzie dwukrotnie większy niż krajów strefy euro. Nie spodziewam się takich zmian, które mogły by mnie przekonać do euro.
Leszek Sykulski.: Jaki jest Pański stosunek do koncepcji Związku Europy, który zaproponował w zeszłym roku prof. Siergiej Karaganow? Chodzi o połączenie Unii Europejskiej i Federacji Rosyjskiej; obecnie ten projekt rozwijany jest w kierunku przyszłej integracji Unii Europejskiej i powstającej na naszych oczach Unii Eurazjatyckiej.
A.G.: Patrzę na te sprawy pod kątem Polski. Nie było dla mnie żadnych wątpliwości, że przystąpienie do UE to będzie oddanie się władzy Niemiec. Pakt Ribbentrop–Mołotow został wykreślony. Lecz jego podstawa, interesy i apetyty jednej i drugiej strony są nadal aktualne. Teraz ten pakt ma się nazywać Merkel–Karaganow? Rurociąg Północny jest najnowszym przykładem wrogości osi Rosja-Niemcy wobec Polski.
L.S.: Jak Pan widzi przyszłość trójstronnych relacji polsko–niemiecko–rosyjskich? Czy dobrym miejscem zbliżenia między naszymi narodami nie byłby Kaliningrad? Może warto na podobieństwo Trójkąta Weimarskiego sformować Trójkąt Kaliningradzki?
A.G.: Karaganow nie proponuje sojuszu Polska–Rosja, lecz Rosja–Unia. Nie ma i nie będzie trójstronnych stosunków, są i będą relacje dwustronne. A Polska będzie zmuszana, by je akceptować. Mimo „polskiej prezydencji” w UE, o decyzjach na linii Sarkozy-Merkel Tusk dowiaduje się z telewizji. Polska nie mogła nawet obronić wejścia do portu w Szczecinie, zablokowanego przez bałtycki gazociąg. A zbliżeń mieliśmy już kilka w 1610, 1794, 1939r.
L.S.: Jaki jest Pana stosunek do sojuszu Polski ze Stanami Zjednoczonymi?
A.G. Mówimy o sojuszach tak jak o wybieraniu towarów w sklepie, a pieniędzy nie mamy. Zapytajmy kto, jakie państwo, chciałoby z biedną i zadłużoną Polską zawrzeć sojusz? I przeciw komu? Bo sojusze zawsze zawiera się „przeciw”. Niemcy mają nas w Unii, Rosja ma sojusz z Niemcami oraz trzyma rząd PO za gardło „katastrofą smoleńską”. Stany Zjednoczone potrzebowały Polski do wsparcia agresji na Irak przeciw UE. Podobna sytuacja może się powtórzyć z dowolnym państwem, wtedy Polska musi pilnować swojego interesu. Bo nikt naszych interesów nie będzie realizował za nas. Natomiast każdy będzie starał się zrobić interes na nas, a nie z nami. Szczególnie przy dużej dysproporcji sił sojuszników.
Witold Michałowski.: Czy uważa Pan, że należy zacząć wypompowywanie wody z 26 zalanych kopalni, aby, w oparciu o technologię znaną od 75 lat, uruchomić podziemne zgazyfikowanie węgla i produkcję paliw płynnych? I drugie pytanie, czy nie ma racji Aleksander Dugin, doradca Władimira Putina, że geopolityka została zastąpiona dziś przez energetykę?
A.G.: Energia od 200-tu lat ma naczelne znaczenie w polityce wewnętrznej i zewnętrznej. Tylko własne źródła energii dają pełną niezależność. O podziemnej gazyfikacji węgla wiem za mało, by oceniać koszty instalacji, skutków ubocznych, czyli opłacalności.
Marcin Domagała.: Moje pytanie do Pana chciałbym osadzić w kategoriach pewnego eksperymentu myślowego. Startował Pan na senatora, w tym jednak wypadku dostał się Pan do parlamentu, otrzymuje Pan okazję współtworzenia rządu, zostaje Pan ministrem spraw zagranicznych. Jaką koncepcję partnerstwa Polski na arenie międzynarodowej Pan przedstawia i kto, wg Pana, byłby najlepszym sojusznikiem naszego kraju? Pytanie to zadaję w kontekście Pańskich wcześniejszych wypowiedzi w kwestii negatywnych aspektów sąsiedztwa i relacji z Rosją, Niemcami i USA.
A.G.: Aby ten myślowy eksperyment urealnić, musimy założyć, że w Polsce zaszły niemal rewolucyjne zmiany w mentalności. Moja kandydatura do senatu była pytaniem, czy takie zmiany zachodzą. Odpowiedź jest negatywna. W sytuacji, gdy Polacy oceniają swój rząd zgodnie z propagandą konkurentów Polski, realizacja naszych interesów na forum międzynarodowym jest nieskuteczna, jeśli w ogóle możliwa. Takiej polityki nie chciałbym i zapewne nie potrafię prowadzić. Naród zdecydowanie domagający się realizacji swych praw i interesów daje politykom narzędzia i argumenty do prowadzenia polityki. Gdyby Grecy jak Polacy potulnie przyjęli zadekretowane wyrzeczenia, przymierali by głodem, a Grecja jako państwo stałaby się pośmiewiskiem. Gdy Grecy twardo się postawili, politycy greccy mogą skutecznie stawiać warunki redukcji długów. Dlatego mówię o mentalnościowym przewrocie. Byłaby to też jedyna droga, którą mógłbym do polityki wejść. Co wówczas bym robił? To zależy od charakteru tych przemian i od ich determinacji. Warunkiem koniecznym do wydźwignięcia Polski z zapaści mentalnej, gospodarczej i politycznej jest, by Polacy przyjęli do wiadomości oczywiste fakty, że do roli państwa peryferyjnego zostaliśmy doprowadzeni celowo. Rozmawiałem w 1988r z kongresmanem amerykańskim z zachodniego wybrzeża. W przeciwieństwie do polityków ze wschodniego wybrzeża, którzy doskonale wiedzieli z kim można mówić szczerze, ten uznał mnie widać za wysłannika Wałęsy lub Michnika. Na temat niepodległości powiedział: „My bardzo chętnie poprzemy waszą niepodległość, ale powiedz co zrobić z Waszym przemysłem?”. Szczęka mi opadła, więc mi tłumaczył: „Na Japonię mieliśmy 20 lat czasu, aby się przygotować na ich atak. Okazało się to niewystarczające. Wy z waszym wykształceniem i z waszym przemysłem w ciągu dwóch lat zdestabilizujecie rynki światowe, a my nie będziemy mogli się temu przeciwstawić. Więc, jeśli powiesz, co zrobić z waszym przemysłem, to poprzemy waszą niepodległość.” Warunkiem poparcia niepodległości przez USA było zniszczenie polskiej gospodarki. Warunkiem przyjęcia do UE, jak nam wmawiała wewnętrzna propaganda, była likwidacja hutnictwa, górnictwa, stoczni, cementowni, cukrowni itd. Państwa europejskie przed wejściem do UE, swój przemysł intensywnie dofinansowywały, a nam kazano nasz przemysł zniszczyć. Nasze rządy i społeczeństwo na to pozwoliły. Plan zniszczenia gospodarki pod nazwą „Planu Balcerowicza” Polacy z Lechem Wałęsą na czele przeprowadzili ochoczo. Bezwzględnie wykorzystano ciężką psychozę, na którą zapadliśmy w 1989 roku. Z tej psychozy musimy się otrząsnąć, musimy znaleźć odwagę, by przyznać się, że daliśmy się oszukać jak dzieci. I przypomnieć sobie, że przecież przez wieki nie byliśmy niedołęgami. Po I wojnie światowej od zera potrafiliśmy zbudować II RP, wielkim wysiłkiem całego narodu stworzyliśmy nowoczesny przemysł. Zbudowaliśmy Centralny Okręg Przemysłowy, zbudowaliśmy Gdynię. Polska doganiała czołówkę europejską. Do dzisiaj się tym chlubimy. Po II wojnie, mimo jarzma komunizmu, potrafiliśmy zbudować tak potężny przemysł, że jego konkurencji na rynkach obawiały się nawet USA. Pamięć o Katyniu, Smoleńsku, Jałcie, pamięć o 1939, 1945 i o 1989r nie prowadzi do wrogości z Niemcami, Rosją, Anglią i USA. Pamięć ta musi być żywa, aby nie odbierać politykom argumentów. Szczególnie politycy nie powinni wypominać tego bez potrzeby. Kanclerz Schroeder powiedział: „Niemcy o naszych interesach na wschodzie myśleć muszą zawsze, mówić – nigdy”. Politycy krajów konkurencyjnych znają wiedzę społeczeństwa i jego nastroje /mają wywiad/. To wystarczy by miarkowali swe naciski. Wywołanie społecznej psychozy może całkowicie ubezwłasnowolnić polityków. Taką sytuację mieliśmy 1989r, gdy Polacy gotowi byli rozszarpać każdego krytyka „planu Balcerowicza”, co kosztowało nas utratę przemysłu. W 2004 gdyby „ulica” nie oszalała: „chcemy do Unii”, politycy mogli wytargować bardzo korzystne warunki w traktacie akcesyjnym. Irlandczycy kolejnym „nie” wywalczyli warunki tak korzystne, by powiedzieć „tak”. Niemcy, Francja czy Anglia, mogą bezkarnie łamać zasady UE. Nie tylko z powodu swego bogactwa, lecz również dlatego, że wszyscy wiedzą iż te narody będą bronić swych interesów, z wyjściem na ulicę i zmianą rządu włącznie. Gdy jednak PiS spróbował wesprzeć finansowo stocznie, UE za karę nakazała ich likwidację. Stoczniowcy poszli „na bruk”, lecz ani jeden nie „wyszedł na ulicę”. A w następnych wyborach wybrali PO. Co w takich warunkach może zrobić polityk? Przy niewielkich zmianach, wzorowałbym się na zagranicznej polityce śp. Lecha Kaczyńskiego.
R.L.: Nawiązując do Pańskiego wcześniejszego stwierdzenia, czy dostrzega Pan zagrożenia w podważaniu instytucji międzynarodowych i prawa międzynarodowego w tym zasady suwerennego państwa, tak jak to miało miejsce w wypadku Libii, ale też w innych przypadkach np. interwencji humanitarnych. Czy to w dłuższej perspektywie może zaszkodzić Polsce? Czy także Polska na różnego rodzaju forach międzynarodowych powinna opowiadać się za podtrzymywaniem dotychczasowych zasad, czy za ich rewizją w nowym duchu?
A.G.: W Libii Kaddafi rządził przez 40 lat. To jest dowodem na ustrój totalitarny. Gdy Libijczycy przeciw totalitaryzmowi zaprotestowali, Kaddafi strzelał do demonstrantów. Demonstracje przerodziły się w powstanie, które zostałoby utopione we krwi, gdyby powstańcom nie pomogło ONZ i NATO . Takie są fakty. Nie mając rzetelnych informacji możemy zaproponować dowolne interpretacje: To „obce siły” zbuntowały naiwnych Libijczyków przeciwko dobremu władcy, lub „uciemiężony naród” podjął bohaterską walkę o wolność. Interwencja NATO to: „Zachodni imperialiści” wykorzystali zamieszki, by przejąć libijską ropę, lub bezinteresowna pomoc narodowi walczącemu z ciemiężcą. /Niepotrzebne skreślić/. Wróćmy do PRL. Masakra strajkujących na Wybrzeżu w grudniu 1970r, wywołała pogorszenie opinii o PRL. Wysłano więc Mieczysława Rakowskiego na tournee po świecie z taką interpretacją: „Wy na Zachodzie – mówił – jesteście do tego przyzwyczajeni – strajki, demonstracje, nawet starcia z policją – to normalna rzecz. Obie strony wiedzą jak z takich konfliktów wychodzić. A w Polsce to było coś zupełnie nowego. W Polsce od 20-tu lat nie było ani strajków, ani demonstracji. Obie strony nie potrafiły zachować się w sytuacji konfliktu. Obu stronom puściły nerwy. Wskutek tego doszło do tragicznych skutków.” Zachodni intelektualiści i politycy słuchali i kiwali głowami – rzeczywiście, kraj, w którym przez 20 lat nie było strajku… Jaki piękny kraj! (śmiech). Zatem wracając do pytania – my dzisiaj oceniamy „wydarzenia libijskie” z pozycji podobnej jak „zachód” w 1970r oceniał „wydarzenia grudniowe”. Ale moja sympatia jest oczywiście po stronie libijskich powstańców. Na kredyt.(????? KC) Zdarza się, że prawo międzynarodowe, międzynarodowe instytucje i suwerenność państw sobie przeczą. Używane też są instrumentalnie. Zasada suwerenności obowiązywała, gdy Rosja wyrzynała Czeczenów, gdy Izrael budował broń jądrową. Nie obowiązuje, gdy robi to Iran. W Libii trwały walki. Kogo należało uznać za suwerena? Dyktatora czy „lud”. ONZ uznało, że suwerenem jest naród. W tej interpretacji interwencja NATO była obroną suwerenności.
L.S.: Chciałbym Pana zapytać o stosunki polsko-ukraińskie. Czy Pańskim zdaniem nie było błędem poparcie przez prawie całą liczącą się polską elitę polityczną tzw. pomarańczowej rewolucji?
A.G.: Ukraina wybrała niepodległość. Lecz miała nadal posowiecką strukturę, z Kuczmą i KGB na czele. „Pomarańczowa rewolucja” pogłębiała niezależność Ukrainy od Rosji. Miała jednak charakter demokratyczny, w najgorszym razie zamieniając dyktaturę na zróżnicowaną oligarchię. Należy pamiętać o próbie otrucia Juszczenki. Dopiero później okazało się, że Juszczenko oparł się na nacjonalistach.
L.S.: Ale czy nie uważa Pan, że takie jednostronne gesty, jak potępienie przez polskiego prezydenta i polski sejm akcji „Wisła” przy braku równoległych aktów w przypadku zbrodni wołyńskiej nie jest zaburzeniem równowagi.
A.G.: Któraś ze stron musi zrobić pierwszy krok. Między wymordowaniem 200 tyś. Polaków a akcją „Wisła” nie ma symetrii. „Wisła” nie była aktem wrogim etnicznie, lecz wysiedleniem ludności, by pozbawić UPA bazy zaopatrzenia. UPA walczyła wtedy de facto o włączenie Beskidu Wsch. do ZSRR, czyli o łagry dla siebie, a kołchozy dla wysiedlonych. Błędem niewybaczalnym jest próba wykreślenia pamięci ukraińskich mordów etnicznych w imię „dobrych stosunków”. Nawet IPN został użyty do fałszowania historii.
L.S.: Jak Pan ocenia politykę zagraniczną, którą prowadził śp. prezydent Lech Kaczyński?
A.G.: To była polityka, która pozwoliłaby Polsce poprawić swoją sytuację na międzynarodowej scenie politycznej. Naturalnymi sojusznikami są ci, którzy mają podobne interesy. Sojuszników zdobywa się też wyświadczając przysługę. Rajd Kaczyńskiego do Tbilisi uratował Gruzję od najazdu Rosji. Prezydent Polski stał się niemal narodowym bohaterem Gruzinów, a to więcej znaczy niż papierowe deklaracje. Byłem przeciwnikiem ataku na Irak, a polskiego udziału szczególnie. Lecz Polska idąc na wojnę u boku USA złamała dyktat UE, wywołało to w Brukseli wściekłość, ale utwierdziło podmiotowość Polski. Gdy Putin wypowiedział nam wojnę handlową, PiS zmusił UE do zgody na przeformułowanie konfliktu Rosja – Polska w konflikt Rosja – Unia. Sądzę, że gdyby PiS utrzymał rząd, rurociąg bałtycki nie blokowałby Szczecina. Najgorszym rodzajem polityki, jest „polityka” kłaniania się wszystkim silniejszym. Kaczyński tworzył blok państw o podobnych interesach i podobnym statusie. Taki blok uzyskałby silną pozycję w UE, mógłby reprezentować wspólne interesy i skutecznie ich bronić(????KC)
L.S.: Czy uznaje Pan za zasadne przyjęcie Turcji do UE
A.G.: To wydaje się dosyć śmieszne, Turcja przecież leży w Azji.
M.D.: Jak Pan ocenia nastawienie polskiej dyplomacji do Białorusi
A.G.: Polska wspiera skrzydło proeuropejskie na Białorusi. Łukaszenko i jego reżym nie budzi sympatii. Nie pozwala Białorusinom zadecydować o swej przyszłości i kształcie ich państwa.
L.S.: Jakie są Pańskie polityczne plany na przyszłość?
AG.: Do kandydowania do Senatu przekonał mnie argument: Będzie pan robił to co do tej pory, tylko skuteczniej. Skuteczności nie zyskałem, więc będę robił to samo, co robiłem do tej pory.
Dziękujemy za rozmowę.
Wywiad przeprowadzili: Marcin Domagała (Europejskie Centrum Analiz Geopolitycznych), Ronald Lasecki („Przegląd Geopolityczny”), Witold Szirin Michałowski (kwartalnik „Rurociągi”), Kornel Sawiński (Europejskie Centrum Analiz Geopolitycznych), Leszek Sykulski (biuletyn „Geopolityka”).
Gdańsk, 21 października 2011 r.
—————–
ANDRZEJ GWIAZDA (ur. 1935) – legendarny współtwórca i działacz Wolnych Związków

PB: AG rozpoznaje zapaść mentalną Polaków, ale sam jest jej ofiarą. Wersję mendialną konfliktu w Libii nazywa faktami, a sieje na jej podstawie dezinformację: Gdy Libijczycy przeciw totalitaryzmowi zaprotestowali, Kaddafi strzelał do demonstrantów. Demonstracje przerodziły się w powstanie, które zostałoby utopione we krwi, gdyby powstańcom nie pomogło ONZ i NATO . Takie są fakty. Czyżby AG połknął haczyk kłamstwa, jak to miało miejsce u Polaków w zw. z konfliktami bałkańskimi, gdy mendia zdemonizowały Serbów, bo taki był ówczesny cel kompleksu jot?

“Zaprotestowały” w Libii elementy krajowe i obce, podburzone, wsparte, opłacone przez kompleks jot przeciw Kadafiemu, podobnie jak na Bałknach przeciw reżimowi Jugosławii i Serbii. Ci demonstranci, powstańcy stanowili i stanowią zdecydowaną mniejszość, wyeksponowaną przez żydomedia jako tłumy domagające się wolności. Jako pierwsze instytucje wolności elementy te ustanawiają bank centralny i ministerstwo ropy i gazu, obnażając prawdziwe interesy za “rewolucją libijską”. “Kadafi” (tj. zdecydowana większość narodu libijskiego, uzbrojonego na takie przypadki przez Kadafiego)  strzelał  do tych “powstańców”.

Gdyby były jakiekolwiek przekonywujące dowody na totalitarne zbrodnie Kadafiego, na pewno żydomedia wyciągnęłyby je i mielibyśmy proces przed jakimś międzynarodowym trybunałem.  Bez żadnych dowodów, kompleks jot zrobił proces pokazowy przeciw Miloszewiciowi, a gdy ten obrócił to w oskarżenie sprawców “interwencji humanitarnej” w Jugosławii, zamordowali go w celi w Hadze.

Za żydomendiami, AG nazywa reżim Kadaffiego totalitarnym, bo ten utrzymał się aż 40 lat. Kompleks jot rządzi Polin od dziesięcioleci, a nikt jeszcze nie nazwał ich marionetek totalitarnymi. A należy się, bo celem kompleksu jest zagłada większości gojów i złupienie ich bogactw…

Chyba AG chciał powiedzieć autorytarny (rządy silnej ręki), bo porówniania rządów Kadafiego do totalitaryzmu Hitleras czy Stalina nie zdają egzaminu- gdzie np. masowe mordy i prześladowania? Dlaczego 6 mln Libańczyków dobrowolnie  broniło reżimu przed żydomasońską pięścią NATO, skoro rzekomo był antyludzki dla nich?

By piotrbein

https://piotrbein.net/about-me-o-mnie/