Obóz "Przejmujemy Warszawę" usunięty

Obóz “Przejmujemy Warszawę” usunięty

???30.5.212
Stało się – obóz “Przejmujemy Warszawę” wczoraj w nocy został usunięty przez policję. Nasze rzeczy zostały zabrane – nikt nie wie dokąd i czy będziemy mogli je odzyskać. Wobec nas samych stosowano przemoc fizyczną, kiedy próbowaliśmy bronić kołder, koców, materaców i transparentów – wśród nich tego, który wywoływał wśród służb porządkowych największą agresję i złość – “Max Itoya zamordowany przez policjanta A. Brzezińskiego”, który ostatecznie został nam odebrany.
Wszystko zaczęło się w sobotę, trzy dni temu – wtedy rozbiliśmy się na skwerze przy rogu Karowej i Krakowskiego Przedmieścia. Zrobiliśmy to pod szyldem “Przejmujemy Warszawę” – chcemy bowiem odzyskać miasto i kraj dla ludzi, dla społeczeństwa. Domagamy się tego, żeby decyzje dotyczące nas wszystkich były podejmowane przez nas, a nie przez coraz bardziej aroganckie władze, które nie liczą się z opinią społeczną. Za najbardziej istotne problemy społeczne, w dużej części powodowane przez elity polityczne i biznesowe, uznaliśmy problemy lokatorskie, bardzo wysoki poziom zatrudnienia na umowach “śmieciowych” i podwyższanie wieku emerytalnego, ale też cięcia w edukacji czy bezsensowne wydatki na Euro 2012. Naszym celem było stworzenie przestrzeni, w której wszyscy mieszkańcy będą mogli wyrazić swoją opinię, porozmawiać, znaleźć jakieś wspólne stanowisko – tę właśnie przestrzeń chcieliśmy przejąć, odzyskać – chcieliśmy, żeby stała się faktyczną przestrzenią publiczną, w której każdy może się odnaleźć, zabrać głos i posłuchać głosu innych w sprawach, które nas wszystkich dotyczą.
Przychodzili do nas studenci, emerytki, bezdomni, działaczki społeczne – każdy ze swoją historią, swoim doświadczeniem, swoim pomysłem na świat i na to, jak powinien wyglądać. Siadaliśmy w kole i rozmawialiśmy. O sprawach lokatorskich – dzięki nam kilka osób zagrożonych eksmisją, dotarło do organizacji zajmujących się obroną takich ludzi, a wiele innych poznało z relacji bezpośredniej, jak nisko w tym mieście i kraju cenione są prawa mieszkańców mieszkań komunalnych. Mówiliśmy o umowach śmieciowych – dzięki czemu wielu z nas poznało swoje prawa, razem zastanawialiśmy się też, w jaki sposób zmienić obecne prawo w taki sposób, żeby skończyć z dyskryminacją osób zatrudnionych na pozakodeksowych formach umowy. Wyświetlaliśmy filmy, których nie zobaczy się w telewizji publicznej, tej “z misją” – o wykluczeniu, o brutalności aparatu państwa, o ludziach pracy, o biedzie, o rasizmie, o złej polityce mieszkaniowej. Nie spodziewaliśmy się, jak aktualne staną się niektóre z tych tematów i jak bezpośrednio nas dotkną. Wspólnie przygotowaliśmy posiłki ze składników kupowanych ze zrzutki solidarnościowej czy przynoszonych przez uczestników, częstowaliśmy nimi wszystkich – zarówno tych, którzy wracali na noc do swoich ciepłych mieszkań, tych, którzy woleli zostać z nami niż grzać się w łóżkach, jak i tych, którzy w ogóle nie mają dokąd wracać. Wokół obozu rozwiesiliśmy transparenty, na ławkach poukładaliśmy kołdry, ustawiliśmy stoły, kanapę, krzesła.
Drugiego dnia “okupowania” Warszawy, niezależnie od naszej akcji, odbywała się demonstracja, upamiętniająca tragiczną śmierć Maxwela Itoyi, handlarza nigeryjskiego pochodzenia. Śmierć spowodowaną przez strzał policjanta, Artura Brzezińskiego. Śledztwo w tej sprawie zostało umorzone, mimo że było wielu świadków tej sytuacji, według których Brzeziński strzelał bez ostrzeżenia, Itoya był nieuzbrojony, nie popełnił żadnego przestępstwa i nie było żadnego uzasadnienia dla użycia broni palnej. Uczestnicy i uczestniczki akcji przyszli do nas po jej zakończeniu, przywiązali do drzew swoje transparenty – z czego bardzo się ucieszyliśmy. Ich głos, ich hasła były i są dla nas ważne.
Od początku demonstracji nasze kontakty z policją i strażą miejską nie były łatwe. Michał, na którego zarejestrowane było zgromadzenie publiczne, był wielokrotnie spisywany przez policję, wyrażano wobec nas różne pretensje – jednak prawdziwe problemy zaczęły się od transparentu “Maxwell Itoya zamordowany przez A.Brzezińskiego”. Kiedy tylko został przywiązany, strażnicy chcieli go zarekwirować, zwracali uwagę, że jest przymocowany do drzew i że powinien zostać zdjęty – mimo że już od doby na drzewach wisiały inne transparenty (próbowano nas szantażować – zdejmiecie ten, nie będziemy mieć pretensji o pozostałe), policja chciała nam go odebrać siłą. Nie mogliśmy dopuścić do tego, żeby służby mundurowe nas cenzurowały, mówiły, o jakich sprawach można opowiadać, a o jakich nie; prywatyzacja stołówek to temat bezpieczny, przemoc policyjna wobec czarnoskórych handlarzy, zakończona tragedią – niedozwolony. Pokazaliśmy transparent przechodniom, głośno opowiedzieliśmy im przez megafon, jaka była historia Maxa Itoyi i jaką rolę odegrała w niej policja – od tego momentu współpraca ze służbami miejskimi, zarówno z mundurowymi, jak i z urzędnikami, układała się coraz gorzej.
Jednym z naszych podstawowych postulatów było odzyskiwanie miasta – kiedy przyszliśmy na skwer, mieliśmy na myśli odzyskiwanie symboliczne. Jednak po niekończących się, trzydniowych rozmowach z władzami na temat tego, do jakiego urzędu należą słupki na chodniku, do jakiego latarnia, murek czy drzewo, zaczęliśmy to rozumieć bardzo dosłownie. Nie można przywiązywać transparentów do drzew – bo to zagrożenie zniszczenia zieleni (gdyby w drzewo uderzył piorun, transparent mógłby spłonąć – wydaje mi się, że w takim wypadku to drzewo stanowiłoby zagrożenie dla transparentu, ale specjalny pan dyrektor od drzew uznał inaczej). Nie można do latarni – bo gdyby latarnia uległa awarii, nie można by się na nią wspiąć (“można by wtedy odczepić transparent” – mówiliśmy, ale specjalna pani dyrektor od latarni nie chciała nas słuchać). Nie można do słupków na chodniku. Na murku nie można układać misek, tostera czy kołder; na używanie agregatu trzeba mieć pozwolenie. Ekran do oglądania filmów to “konstrukcja, podest lub scena”, materac, jak się okazało – jednak nie, ale trzeba było zaciągnąć rady eksperta od konstrukcji, podestów i scen. Wreszcie, jak powiedziała specjalna pani dyrektor od całego Traktu Królewskiego – na Trakcie nie można być nieestetycznym, a my tacy jesteśmy. Pani mówiła nam to, siedząc na krześle, na którym poprzedniej nocy siedział bardzo schorowany, bezdomny człowiek, który ze względu na swoją sytuację nie pachniał zbyt ładnie – skrzywiona mina specjalnej pani dyrektor od Traktu przyniosła mi osobiście nie lada satysfakcję.
Według papierów, złożonych do urzędu miasta, celem naszego zgromadzenia było “wyrażenie sprzeciwu wobec wysokich temperatur w strefie umiarkowanej”, my zaś zamierzaliśmy “pokojowo przebywać w cieniu pobliskich drzew” – napisaliśmy tak pół żartem, nie chcąc ujawniać naszych intencji – jak się okazało, słusznie. Przy dalszej rejestracji chcieliśmy być trochę poważniejsi – napisaliśmy, że chcemy aktywizować obywateli i obywatelki miasta. Ten cel zgromadzenia został uznany za niezgodny z ustawą, w mediach pani Ewa Gawor (kolejna pani dyrektor, decydująca o tym, kto i w jaki sposób może korzystać z przestrzeni publicznej) mówiła: “Chcieli organizować warsztaty kung-fu. Na to wynajmuje się salę gimnastyczną, a nie zgłasza zgromadzenie publiczne” – przy czym panią Gawor ewidentnie poniosła fantazja, o żadnym kung-fu nie było mowy w zawiadomieniu. Oburzeni taką decyzją i faktem, że urząd łamie nasze konstytucyjne prawo do zgromadzeń, podjęliśmy decyzję o tym, że nie odejdziemy ze skweru o 22, czyli o godzinie, o której formalnie miała się zakończyć demonstracja – postanowiliśmy zostać na jeszcze jedną noc, żeby pokazać swój sprzeciw. Niestety – służby miejskie po raz kolejny pokazały, że to nie do nas, mieszkańców, należy miasto – stało się to, o czym pisałam w pierwszym akapicie, mimo że wyrok Trybunału Konstytucyjnego z 2008 r. mówi, że udział w zgromadzeniu spontanicznym – wywołanym w tym przypadku nagłą odmową ze strony miasta – nie jest wykroczeniem. A zdjęcia, na których stu policjantów otacza 13 osób, siedzących na torbie (akurat mojej – tę jedną udało się uratować z rąk służb, których zadaniem jest m.in. ochrona nas, obywateli i obywatelek, przed kradzieżą) pokazują, na co miasto chce i może wydawać pieniądze. Interwencja stu policjantów jest wydatkiem koniecznym, utrzymanie przedszkoli, żłobków, stołówek szkolnych już nie.
Ale wrócimy – ja i inne osoby z mojej organizacji, z organizacji lokatorskich, z organizacji pracowniczych, osoby niezrzeszone – mieszkanki i mieszkańcy Warszawy, którzy chcą odzyskać swoje miasto i swój głos, którzy nie zapomną o Maxwellu Itoyi, którzy będą domagać się bezpieczeństwa socjalnego, przestrzegania ich praw jako lokatorów, pracowników, ludzi. Nieważne ile urzędniczek, strażników miejskich, policjantów i policjantek naślą na nas władze tego miasta. Bo nas jest więcej, stanowimy w końcu 99% społeczeństwa.
Justyna Samolińska

By piotrbein

https://piotrbein.net/about-me-o-mnie/