[2010] Reportaż z Gruzji

Reportaż z Gruzji

Piotr Bein 21-31.10.2010

Podziękowania

Serdecznie dziękuję wszystkim, którzy datkami i w naturze umożliwili tę podróż: Ksiądz Paweł, Szczecin; Ksiądz Adam, Warszawa; Bronek i Ela; Dragan; Mgrabas; Jurij i Irena; Lidia i Nina; Dr. Krystyna Brzecka i dr Krzysztof Tarnawski, Wrocław; Państwo Szubertowie, Szwarcwald; Wachmangi Kargoraszwili, Tbilisi.

Podsumowanie

Przylot do Polski 21.9.2010, powrót do Kanady 29.10.2010. dwa tygodnie w Polsce, po tygodniu w Niemczech i Gruzji, parę dni na Ukrainie, dzień w Czechach,

Najlepszy fragment wycieczki = ścieżki rowerowe w Bawarii, gdzie byłem kilka dni, czekając na tani lot do Tbilisi.

Najlepsze żarcie = dieta Kwaśniewskiego u Państwa Szubertów w Złotym Mieście.

Najlepsze kanapki = u Mgrabasa w Przemyślu (prosimy o przepis).

Największa bzdura = celnik polski na przejściu w Dorohusku niewiedział, jak zakwalifikować rowerzystę, bo nie wiozłem papierosów ani alkoholu. Po konsultacji ze zwierzchnikiem, wspaniałomyślnie puścił mnie „bez papierka”!

Szczyt handlowego absurdu = hipermarket Real, Szczecin centrum.  Produkt nie miał kodu kreskowego, kasjerka poradziła mi iść po drugi, bo „klient wybrał produkt bez kodu”. Uprzednio w tym samym sklepie, moją winą było to, że kupilem puste jaja i zgniłe warzywa.

Szczyt profesjonalizmu = ochroniarz z firmy Zarzycki na Dworcu W-wa Centralna. Podszedł do mnie czekającego na pociąg InterCity, w miejscu wyłącznie dla podróżnych z biletami na takie pociągi: Pan nie ma biletu,  opuścić dworzec. Ja: Jest pan pewien? Niech pan woła policję…

Najlepsze i najtańsze koleje = ukraińskie.

Rekord kretyństwa kolejowego = Niemcy i Hiszpanie w Berlinie zajęli przedział rowerowy, mimo że były opodal miejsca siedzące. Stałem pół godziny, trzymając obładowany rower, balansując na nogach bez możliwości złapania poręczy ani pilnego pójścia do ubikacji. Kretyni wychodzili sobie do WC i napominali mnie, żebym ich nie dotykał zabłoconym rowerem!

Największe draństwo = warsztat rowerowy Lublin ul. Kunickiego (ten, gdzie sprzedają i reperują kosiarki i pilarki). Zostawiłem rower do naprawy w grudniu 2009 r. Odebrał znajomy, a ja od niego  we wrześniu 2010, gdy przyjechałem do Polski. Po parudziesięciu km jazdy okazało się, że hamulce były lekko zaciśnięte, żeby ukryć luz w tylnej piaście. Odpowiedź właściciela warsztatu na reklamację : Bo ja wiem co pan z tym robił… Ja: Nic, rower stał w magazynie kolegi od grudnia. On: Od grudnia?! Gwarancję dajemy na 6 miesięcy.  Ja: Więc zapłacę za  usunięcie problemu. Ile? Inny warsztat na tej samej ulicy wziął 20 zł zamiast 25 zł za inspekcję i dociśnięcie piasty.  Po przejażdzce w Bawarii piasta znów się poluzowała. Przed wylotem do Gruzji, w Warszawie kupiłem więc nowe koło z piastą (wymiana szprych nie opłaca się), a że moja opona niepasowała do nowej obręczy, wydałem w sumie 100 zł. Koło z Lublina i prawie nowa opona poszły na śmietnik.

Najgorsze promy na M. Czarnym = bułgarskie.

Najyntylygyntniejsza obsługa = dworzec w Kijowie. W informacji, aktrisy ani be ani me po angielsku, patrzą otępiałe, gdy pytasz w nieznanym im języku, jakby cię nie  było. Na to samo pytanie po rosyjsku odpowiadają, jakbyś był utrapieniem nie do zniesienia w ich życiu. W wymianie walut baba z dupskiem przyrośniętym do krzesła odpowiada na prośbę po rosyjsku o wymianę 5 z 50 dolarów: Njet dolarow razmienić.Na prośbę wymiany 2 dolarów: Njet hrywien.

Szczyt wrażliwości = kierowca eleganckiego busika Berlinii ze Szczecina  kazał mi przenieść na przyczepkę torbę z serami, bo mu jeden z nich śmierdział. Broń Boże nie dotknął torby.  UpychaL inne bagaże, waląc mnie nimi w plecy (siedziałem na tylnym siedzeniu). Po przybyciu na Berlin-Tegel okazało się, że moja, jedyna na przyczepce, torba jest utytłana brudem, przewalawszy się po podłodze na niewszędzie równym jak stół autobahnie.

Najładniejszy dworzec lotniczy = Vancouver, Kanada.

Najbardziej ludzki = kierowca autobusu z lotniska Vancouver wpuściłl mnie, mimo że zabrakło mi dolara na bilet.

Szok kulturowy

Może kogoś zdziwił „polsko-kaukaski” temat głównego artykułu poniżej. Jestem w Gruzji. Do Baku nie odważyłem się jechać z uwagi na ostrzeżenia dla turystów. Nad M. Czarnym jest teraz gorąco w dzień, noce ciepłe, śpię w namiocie bez śpiworu. Dużo tu plaż z ciemnego żwiru, ale pochodzenie nazwy morza  jest inne — wkrótce poczytacie w artykule o azjatyckiej historii Słowian południowych. W głębi kraju jest nieco chłodniej, ale wciąż łagodnie na spanie w namiocie, natomiast w górach jest zimno.

Nieświadom, przybyłem tu w wielkie święto 14. X — powstanie państwa chrześcijańskiego  na pocątku IV w.  Pojechalem podmiejskimi drogami przez osiedla  do centrum stolicy …szok! Ohyda, brzydota, przygnębiające widoki zdezelowanych bloków, płotów, dróg, mostów, obiektów przemysłowych.  Pierwszy zapytany o drogę zaprosił mnie na wino, co przeciągnęło się w całodniową biesiadę z niekończącą się serią toastów (kunszt gruziński). Starym azjatyckim zwyczajem kobiety nie jedzą i nie piją z chłopami, tylko osobno, gdy już usłużą im. Podobnym zwyczajem córka po zamążpójściu zamieszkuje w domu ojca.  Chętnie skorzystałem z oferty noclegu, bo zaczęło padać. Pokazali mi drzewo genealogiczne ich rodu: Ta gałązka to Nikola — wskazała radośnie córka, spoglądając na maleństwo w wózeczku.

Następnego dnia w Tbilisi lało jak z cebra. Spotkałem …kolegów mego syna z uniwersytetu w Montrealu. Próbowałem obliczyć prawdopodobieństwo, ale zabrakło mi zer po przecinku. Koledzy uczą Gruzinów angielskiego, zarabiają znacznie więcej niż przeciętny tubylec, ale grosze na warunki w Kanadzie, gdzie trudno im znaleźć pracę. Tak to żydomasoneria „rozwiązała” problem biedoty tu i tam: młodzież zachodnia w potrzebie za grosze uczy angielskiego „murzynów” potrzebnych w podbojach gojów. Jak już nauczą wszystkich angielskiego na całym świecie, sami zostanąa „murzynami” w obecnie tzw. rozwiniętych krajach. Spotkani młodzi kanadyjcy rozmawiali o „kwestiach płci” — typowy żydomasoński temat wpojony gojom „do naprawy” wg receptur jeszcze ze Szkoly Frankfurckiej: wyszukiwać „konflikty” i zaogniać je. Mamy więc konflikty: pokoleń, płci, proletariatu z kapitalistami. kolorowych z białymi, religioznych z religioznymi inaczej itd. Niech młodzi z Kanady wytłumaczą Gruzinowi, u którego gościłem, że ma jeśćc razem z kobitami, wyrzucić rodziców i córkę z domu, a drzewo genealogiczne wyrwać z korzeniami.

Do stolicy wjechałem bulwarem prez. Georga W. Busha i ulicą Lecha Kaczyńskiego. Jak w podbitym (i odludnionym z Serbów) Kosowie na Bałkanach, ulice noszą  nazwiska marionetek kompleksu, który te regiony „przeobraził” wg własnej geopolityki.

Szok jewropejski

Gruzini myślą (podobnie jak wielu Polaków), że napadła na nich Rosja w Osetii Płd.! Pytają o nazwisko nowego prezydenta RP, dodając: polski samolot rozbił się. Lecz zapytani o opinie o 10 IV, zmienili temat na uratowanie górników w Am. Płd. A czy w Polsce dobrze? Trochę lepiej niż w Gruzji — odpowiadam uprzejmie. Chciałem kupić 4 mandarynki przy drodze. Sprzedawali na wiadra, więc dali mi pół wiadra za darmo. Są jednak benefity z prezydentury Kaczyńskiego…

Na gmachach rządowych flagi narodowe  (z 5 krzyżami chrześcijańskimi)  obok judeo-masońskiej flagi jewrounii. Nowe budynki i pomieszczenia to banki, stacje benzynowe, apteki i co paredziesiąt km policja przy głównych drogach. Patrolują drogi w nowych skodach, pilnując beemwic i mercedesów z demobilu zachodniego, przemalowanych najchętnej na mafijno czarno. Nie ma to nic wspólnego z tradycyjnym czarnym odzieniem kobiet w krajach prawosławnych dla pamięci ukrzyżowania Chrystusa. Gruzowiki i busiki też smrodzą niemiłosiernie — przy gorącu, kurzu i złych nawierzchniach jest to trudno znieść rowerzyście.   Na boczne drogi nie wjeżdżam, bo rower i tak ledwie zipie na wybojach. z jakiegoś powodu kultywowanych na przejazdach przez miasta i miasteczka.

Trafiłem na winobranie, więc dość zostało w winnicach dla amatorów resztek. Gruzini twierdzą, że ich ziemia jest ojczyzną wina… a nawet matką Europy —  widocznie uwierzyli masonom, że Unia jest chrześcijańska. W czasach największej świetnosci, Gruzja sięgała od obecnego położenia, przez obecną Turcję i Pld. Bałkany, aż po Płd. Italię. W najbardziej wschodniej prowincji, w miasteczku Signagi, muzeum odnowione z funduszow UE wystawiło …gruzińskie zbiory malarstwa zachodniej Europy! Trafiłem też na mgłę w tym miejscu, dokąd autokary zwożą turystów do podziwiania widoków. Nazwałem Signagi „wioską Potiomkina”; w odbudowanym, odpędzlowanym miasteczku fasady zakrywają zrujnowane wnętrza i ruinki w podwórzach. Wszystko za forsę US-AID.

Infrastruktura jest w Gruzji w stanie opłakanym, mimo deklaracji przyjaźni i pomocy z USA i UE.  Odcinki dróg w przebudowie lub remoncie są niebezpieczne: niestandardowe oznakowanie, wąska jezdnia, często ze zdjętą nawierzchnią, pozostawioną dla 2 pasm ruchu, gdzie nawet autom trudno się wyminąć, a co mówić o ciężarówkach i autobusach! Na „wyremnotowanej” części robót, otwarte lub zapadnięte wpusty pozostawia się nieoznakowane, łatwo wpaść w dziurę zlokalizowaną w cieniu. Nawet na prestiżowej „autostradzie” lotnisko-Tbilisi, duże wpusty kanalizacyjne pozbawione są pokryw, „chronione” oponą czy gałęzią zatkniętą w otwór dla przestrogi, a nawet  bez tych zabezpieczeń.

Ze stolicy na czarnomorskie wybrzeże postanowiłem więc przejechać pociągiem (główna trasa w Gruzji).  Konduktor pociągu do Batumi wyłamał się z gruzińskiej serdeczności. Zawiadowca stacji (zawieduszczij wokzała) zapewnił mnie, że rower mogę wziąć do wagonu, a koszt wynosi 5 lari, płatne u konduktora. Ten ryknął coś na mój widok z rowerem. Po pertraktacjach w jęz. rosyjskim z pomocą uprzejmych pasażerów, król wagonu niechętnie pozwolił umieścić rower w szafce konduktorskiej (co wymagało rozebrania na czynniki pierwsze). Szafka nie została zamknięta na klucz, a w pulmanie było parę alternatywnych miejsc na rower. Ile było przy tym narzekania, że on nie może roweru pilnować! Musi wypisać kwitancje, a jak mi rower ukradną, to on będzie odpowiadać! Chodziło o bakszisz (kultura tu zbliżona do tureckiej, łącznie z niektórymi  ustępami, gdzie wstępuj z dozą odwagi), bo podniósł cenę na 10 lari. Powołałem się na autorytet zawieduszcziego i jednak stanęło na 5 lari. Kwitancji nie dostałem, roweru nikt nie ukradł.

W Batumi, po bezskutecznych pół-dniowych poszukiwaniach informacji o promach, popedałowalem do pobliskiego portu Poti (60 km). Na odcinkach pod górę  było tyle spalin ze starych samochodow, że zatykało. Miała rację córka mojego gospodarza z pierwszego dnia:  Gruzja jest wszędzie piękna… tylko dodałbym: tam, gdzie nie ma ingerencji czlowieka, czyli w czystej naturze górek wokół Signagi (występuje tam m.in. leopard), niebotycznych gór kaukaskich, kopców wokół Batumi, czy zalewów i lagun koło Poti.  Tym Gruzja nie różni się od większosci krajów.  Reszta nadaje się pod buldożer. Na plażach w paru miejscach, w miejscowości wypoczynkowej i poza — śmieci, zrujnowane hotele i pensjonaty, a tu i tam ogrodzone enklawy strzeżone przez policję.

Dudniący symptom kryzysu

Zwiedzanie Batumi zacząłem od stacji kolejowej, usytuowanej kilka km od śródmieścia, mimo że tymi samymi torami chodzi stamtąd kolejka dojazdowa, jak z lotniska do stolicy.  Futurystyczny budynek w kształcie nachylonego szklanego prostopadłościanu wyposażono w strzałki do WC …po drugiej stronie ulicy! Za to  bez wychodzenia ze stacji, ale bacząc na wodę kapiącą z futurystycznego szklanego dachu,  można w hallu stacji obejrzeć plansze propagandowe o modernizacji odcinka Tbilisi-Batumi, która ma skrócić czas podróży  o połowę.  Na tejże trasie długości niespełna 400 km, 7 godzin męczyłem się z innymi podróżnymi w pulmanie (miejsca leżące były wysprzedane). Jeden chrapacz przeszkadzał większości, a zaraz po zgaszeniu światla ok. północy, konduktor włączył telewizornię z rosyjskim dreszczowcem,  którego dramatyczny dźwięk od czasu do czasu budził zasypiających.

Batumi przygnębia, pomimo pozostałości po świetności nabrzeża pasażerskiego: obskurny wjazd przez dzielnicę portową, zrujnowane ulice, syfowa dzielnica turecka…  Trwają „wykopki” renowacji wjazdu do Batumi i starego miasta, tj. wyrównanie wybojów i wertepów ulic i chodników.  Dofinansowanie z UE. Banksterscy lichwiarze i tu zarobią, chyba na tym głównie polega „miłość” UE do Gruzji. Naród za biedny i za głupi, żeby wyprodukować i ułożyć kostkę granitową. Bezrobotni z ręcami w kieszeniach przyglądają sią ślimaczemu postępowi robót. Przy robotach chodnikowych wokół odremontowanego (ale tylko od strony frontowej!) budynku banku w Poti, robotnicy mówią mi: średnia płaca w Gruzji – niecałe 100 $, praca rządowa 500 $ i więcej na miesiąc. Za taką posadę trzeba dać łapówkę co najmniej 5 tys. $. Potwierdza to oficjalna kolorowa broszura dla turystów, dodając, że Sakaszwili próbuje zwalczać te korupcyjne pozostałości b. reżimów.

Nielepiej jest w podstawowej gałęzi gospodarki, rolnictwie. Przy winobraniu dużo gruzowików – zemsty chyba jeszcze Stalina, ale one dowoziły zbiory do tirów …tureckich.  Tak samo z mandarynkami. Czy kochająca Gruzinów, Polska czy Unia, nie mogłaby za winogrona, wina czy cytrusy dać Gruzji 100 tirów do transportu ich produktów i klauzulę uprzywilejowania handlowego? Chyba Europejczycy nie konsumowaliby tych dóbr mniej chętnie niż z Izraela? Zdolność produkcyjną Gruzji widać ze stoisk przydrożnych – ta wioska produkuje sery i owoce, następna mięso, potem seria stoisk z orzechami, winogronami, winem…  Tu stoi wyrobnik łopat i siekier, tam drabiniarz… wszyscy z atrakcyjnie ułożonym towarem, żeby przyciągnąć klienta-kierowcę. Tuż pod Tbilisi, przy głównym węźle drogowym z drogowskazami na cały Kaukaz, rozpostarł swe namioty bazar, zajmujący dziesiątki hektarów. Stąd do Baku, Jerewania i granic z Rosją, Iranem, Turcją jest mniej niż dzień jazdy samochodem.

W największym porcie Gruzji, Poti,  tablica na urzędzie „zatrudnienia” informuje, że program finansuje US-AID. W Batumi wczesnym rankiem przejechałem koło grupy robotników  przy bramie portu, czekających na dzienny najem. Na prom, którym przepłynąłem na Ukrainę, wjeżdżaly głucho dudniąc  puste wagony i garstka tirów — symptom kryzysu gospodarczego kraju, który sprowadza ropę z …Ukrainy wagonami kolejowymi na promach! Tymczasem z terminalu w Baku w sąsiednim Azerbajdżanie, przez Gruzję i Turcję do śródziemnomorskiego terminalu Cejhan,  biegnie  rurociąg ropy z pól kaspijskich. Ta  niemal 1800 km długa rura (druga po Rurociagu Przyjaźni pod wzgl. dlugości) przesyła kaspijską ropę na potrzeby Zachodu.

Nacje, nacjonalizm i ludobójstwo

Na promie dzieliłem kabinę z 3 Ukraińcami. Dwóch wracało z tobołami — problem przy ukraińskiej odprawie celnej. Zaś Mikolja z Charkowa wracał z plecakiem i góralem  z 2-tygodniowej wycieczki po Gruzji, gdzie odkrywa sobie kaukaskie grupy etniczne i dziką przyrodę. Wlaśnie był wśród  Swanów — nacji zepchniętej w góry przez najazdy tureckich Seldżuków w obecny rejon Swanetia, usytuowany między Abhazją w płn.-zach. krańcu Gruzji a Osetią Pld. Przyrównałem te aspekty do bałkańskich, np. Czarnogórcy to Serbowie zepchnięci w góry przez Turków osmańskich. Ale Mikolja nie chce słyszeć, uważa Europę za „muzeum” w porównaniu z (wg niego) nienaruszonym pięknem ludzkim i przyrodniczym Wschodu aż po Chiny.  Nie jeździ jednak rowerem po Ukrainie, bo w pracy przy elewatorach zbożowych zjeździl służbowo całą ojczyznę.  Poleca zwiedzić w swym kraju Podkarpacie i Krym.

Przejechałem to Podkarpacie elektriczką kilka lat temu,  w drodze ze Lwowa na Słowację i w Alpy, (skąd przejechałem wysokogórską Grossglocknerstrasse do Włoch i dalej wzdłuż wybrzeża śródziemnomorskiego do Lizbony, w sumie 5 tys. km rowerem i 2,5 tys. km pociągami).  Chciałem więc przejechać rowerem wybrzeże krymskie, zamiast podróży do Charkowa, dokąd Mikolja zaprosił mnie.

Mikolja zdumiał mnie stwierdzeniami, że Gruzję zrujnowała wojna z Rosją. Podzielił tu zdanie starszej wiekiem właścicielki kwater turystycznych w Tbilisi, która odpowiedziała na moje pytanie, jak się wiedzie jej krajowi: Pomalutku, podnosimy się po wojnie z Rosją. Kto z kim wojował, wyjaśniło się, gdy na promie gaworzyliśmy z podróżnym gruzinskim, który był ciekaw, jak mi się podobało Tbilisi. Piękne, wymaga wiele pracy remontowej — powiedziałem.  Gruzin: Masz szczęście, że nie byłeś tam kilka lat temu:  jeszcze większe zniszczenia, bandytyzm…  nie przejechałbyś rowerem bez rabunku czy napadu.  Saakaszwili zrobił porządek. Mikolja: Kto dokonał zniszczeń? Bombardowania przez Rosjan? Gruzin: Zadne ruskie bomby, sami się niszczyliśmy, jedna grupa przeciw drugiej — wojna domowa...

Opowiedziałem Mikolji o moich badaniach nad kompleksem jot i Balkanami. Ty jesteś teoretyk spiskowy! — odparl.  Nie rozumiał, po co ktoś miałby dzielić Bałkany. A po co dzielą Ukrainę na pro-rosyjski wschód i pro-unijny zachód? – zapytałem.  Pro-narodowy zachód — poprawił mnie. Skrajny nacjonalizm – skorygowałem. Patriotyczny, wolnościowy nacjonalizm neo-banderowców — Mikolja uściślił się. Co to za patrioci, co zabijali kobiety i dzieci polskie podczas II wojny światowej? — zapytałem.   Mikolja zaproponował zostawić temat na inną okazję.

W Kerczu zobaczyłem po ubraniach tubylców, że po lecie zostały tylko wspomnienia, nawet na Krymie. Przejazd autobusem do Simferopola utwierdził mnie, że nie warto pedałować przez Krym ani jego wybrzeżem.

Transport i ceny

Są zapytania na necie o ceny i transport w Gruzji. Wszędzie w miastach i między, tanio pojedziesz busikami. Pasażerskie szlaki kolejowe są ograniczone w stosunku do pokazanych na mapach drogowych. Pytaj więc na stacjach o połączenia. Drogi E z reguly dobre dla roweru, podłe przez miejscowości, fatalne przez tereny przemysłowe i porty: dziury i kurz, smród spalin, kałuże po deszczu, kierowcy bezlitośnie opryskują rowerzystę.

Przylot do Gruzji = tani lot PLL Lot, rower gratis, jeśli mieści się w limicie bagażu 20 kg (poza podręcznym), trzeba odkręcić pedały, przekręcić kierownicę, zapakować w pudlo lub owinąć plastikiem. Tego nie wiedziałem. Gościu na Okęciu chcial 40 zł za owinięcie zgrzewką. Znalazłem na śmietmiku na zewnątrz dziesiątki metrów zgrzewki z palet po workach z zaprawą (wieczna modernizacja dworca Okęcie) .

Powrót (można tak samo przybyć) = np. promem pasażersko-towarowym, które opływają kabotażowo M. Czarne (ale np. w Batumi widziałem wodoloty do Soczi). Takie linie mają Ukraina i Bułgaria  Z informacją na necie krucho dla obu kompanii, trzeba w porcie pytać o spedytora, a ten wie, jakie linie i kiedy odpływają z danego portu. Korzystałem z agencji spedycyjnej o nazwie Instra. W Batumi opryskliwa hetera nie chciała podać rozkładu rejsów z pobliskiego Poti, musiałem pofatygować się rowerem 60 km! Natomiast w Poti bardzo miła hetera  tej samej agencji zdezinformowała (nie tylko mnie) w kilku punktach:

  • prom ukraiński (a naprawdę był przerażający turystów prom bułgarski)
  • kabiny tylko 2-osobowe (a wylądowałem w kabinie z 3 innymi podróżnymi, na szczęśscie nikt z nich nie chrapał)
  • dobre żarcie (zabierz swoje, jeśli nie chcesz dołączyć do buntu pasażerów)
  • czas podróży tylko 30 godzin (od przyjścia pod biuro agencji na wyjazd do portu, do wyjścia z promu po kontroli w porcie docelowym Kercz (Ukraina) minęły prawie 2 doby!).

Koszt na promie bułgarskim  160 $ US Poti (Gruzja) – Kercz (Ukraina), kabina 4-5 osobowa, sam rejs ok. 30 godz. + czekanie po obu stronach po kilka godzin, posiłki wliczone, rower gratis.

Luksusowy prom (o słowiańskiej nazwie Greifswald) idzie do Iliczewska (bliżej Odessy) ale kosztuje dużo więcej.

Z Kerczu b. dobre połączenia autobusowe i kolejowe. Był pociąg do Kijowa dopiero wieczorem, więc pojechalem autobusem z promowym towarzyszem podróży do Simferopola, skąd zaraz był pociąg do Kijowa, a stamtąd połączenie do Warszawy.  Wykupiłem bilet do stacji granicznej, zapłacilem 100 hrywien zamiast 700! To moja wypróbowana metoda „skakania” rowerem przez granice.  Dospałem noc w namiocie przy stacji po polskiej stronie, Dorohusk. Podróż koleją Kercz – granica Polski = 250 hrywien (ok. U$ 30 z opłatą za rower).  Za to dostaniesz kuszetkę w przedziale 4-osobowym, z pościelą i ręcznikiem! Kuszetka w otwartym wagonie bez przedziałów (platskarta) jest jeszcze tańsza. Rower trzeba rozebrać,  najlepiej zapakować w plastik czy karton, żeby nie pobrudzić podróżnych i wagonu, bo idzie na pólkę lub pod ławkę w przedziale.

Przykładowe ceny w Gruzji

W czasie mojej podróży: 1 euro = 2,50 lari, 1 dolar US = 1,8 lari.

w dziale delikatesowym supermarketu: słuszna porcja kaszy gryczanej z gulaszem i pieczarkami = 6 lari

dobry obiad w restauracji w Tbilisi = 11 lari, butelka wina od 10 lari (w zwyczaju jest jeść zbiorowo i dzielić się porcjami, jak w chińskiej restauracji)

1 kg jabłek = 2-4 lari (połowę taniej na rynku)

1 kg pomidorów = 2-3 lari (połowę taniej na rynku)

1 kg mandarynek = 1,50 lari na rynku

twaróg = 10 lari/kg

puszka szprot wędzonych w oleju (pyszne, z ikrą) 200 g = 1,5 lari

makrela wędzona na wagę (pół-wędzona na polski gust) = 1 tuszka 3-4 lari

szproty jw.= ok. 5 lari/kg

woda gazowana 1,5 l = ok. 1 lari

szaszłyk przy drodze (z cebulą, bez chleba) = 4 lari

chleb gruziński  = 0,60 lari (ok. 0,3 kg),  1 lari (ok. 0,6. kg)

kefir (fantastyczny!)  = 2,8 lari/litr

piwo miejscowe = 1,50 lari + kaucja 0,20 lari

pokój gościnny  (Tbilisi i Poti)  = 25-30  lari/noc

pokój w hotelu (Poti, standard europejski) = 100 lari

kolejka lotnisko-śródmieście Tbilisi = 0,50 lari (rower za darmo)

busik Signagi – Tbilisi (ok. 100 km) = 5 lari (nie biorą rowerów)

busik w mieście = 0,5 lari

pociąg 2 kl. Tbilisi-Batumi (niecałe 400 km) = 14 lari siedzące, 25 lari leżące (nie wiem czy ekstra, bo zabrakło miejsc)

By piotrbein

https://piotrbein.net/about-me-o-mnie/